Widzisz wypowiedzi wyszukane dla zapytania: Wzgórza mają oczy napisy
|
| Wiadomość |
Krzyż w okolicach Gronowskiej.
|
Krzyż w okolicach Gronowskiej. Kiedyś Bagnik napisał: "Moze obilo Ci sie cos o uszy lub oczy i wiesz cos na temat kamienia, ktory znajduje sie w lesie za ulica Gronowska. Trudno mi wytlumaczyc dokladnie gdzie, ale sa to okolice "krzyza" (tak to zazwyczaj starsi okreslali). Tam chyba kiedys byl mlyn. Jest tam kamien na ktorym wyryte sa niemieckie napisy (niemal nieczytelne). Z opowiesci wywnioskowalem, ze byl to kamien wystawiony na pamiatke po jakims tragicznym wydarzeniu z poczatkow wojny."
Oglądam mapę i widzę, że na północ od ulicy Jasnej (ulica poblizu placu walki Młodych)jest wzgórze o wysokości 136 m. A na nim narysowano oznaczenie pojedynczego grobu. Nie będę w najblizszym czasie w Złocieńcu. Może ktoś wyprawłby się tam. jesli jest kamień z napisem, to trzeba spróbować wypełnic napis sniegiem. Może uda się coś odczytać. Jest okazja coś odkryć i opowiedzieć nam wszystkim.
|
| |
|
|
Montujemy kajakową wyprawę
|
Parowiec gwiżdże. Schodzimy z wolna ze wzgórza. Nasz biały statek wykręca na Mikołajki - mazurską Wenecję. I znowu objawia się nam dusza tej ziemi. Na przesmyku między Śniardwami i Jeziorem Tałtowskim położone - są Mikołajki w połowie miesteczkiem, w połowie osadą rybacką Mikołajki słyną z sielawek. Idziemy z wieży kościoła obejrzeć miasteczko i okolice. Kosciół jest, naturalnie, protestancki, nudny swoim szablonowym wnętrzem, swymi ścianami w tablicach, na których rzędami wypisano nazwiska poległych. Wzrok mój pada na dwa poczerniałe portrety. Okazuje się , że są to portrety dawnych proboszczów tego kościoła: Alberta Pomiana, zmarłego w 1696r i Andrzeja Kowalewskiego, zmarłego 1725r. Pod tym ostatnim portretem odcyfrowuję napis:
"Czytelniku łaskawy, skiń tu oczy twoje Na pruskiego Hioba, ktory ciężkie znoje I jadowite strzały znosił w tym tarasie...
Idziemy na wieżę. Z jej szczytu oglądamy dalekie perspektywy mazurskich jezior. Widzimy słynny rezerwat wschodniopruski, w którym się legną przelotne dzikie łabędzie, a w trawie znajdują sie setki ich gniazd. Teraz idziemy za miasteczko. Kupujemy bułeczkę, bo na więcej brak pieniedzy i śpiewamy mazurską pioseneczkę:
Wcoraj to było zybcen de vyr, A dzisia nie stanie na flaske byr.
Po skończonej uczcie z bułeczką zbiegamy w dół do przystani.
|
Poezja antybanderowska
|
Lwowska Rada Miejska Lwowska Rada Miejska
Stąd słychać szum Wisły Wygłuszyć go trzeba Pamięć amputować Wyrwać gwiazdy z nieba
Zbrodnia nie wystarczy Świadków zlikwidować Wyrywać tablice Napis zamalować
Zmienić ustawienie Wzgórza zdemontować Zemścić się na grobach A bruk zakneblować
Powykruszać orły Zamknąć wszystkim gęby Herby powymieniać A wstawić trójzęby!
Utworzyć historię Wymienić poetów Wpisać Ukraina Do wszystkich wersetów
Ukraść bohaterów Odmówić polskości Z grobów pousuwać Wszystkie polskie kości
Kata nam tu prędko Zamienić w ofiarę Mówić że pod batem Spędził tu lat parę
Wyciągać pieniądze Robiąc dalej swoje Mówić o przyjaźni Planując podboje
Aby w mieście Lvivie Żywot pędzić słodki Cel mieć przed oczyma Uświęcać środki!
autor - Aleksander Szycht
|
HAŃBA BYDGOSZCZANOM!
|
nodorf napisał: > > Po czym, we wrześniu 39´, ten niezwykle honorowy człowiek uciekał w popłochu z kraju przez Zaleszczyki,
Co do ucieczki zgoda, ale przez Zaleszczyki raczej trudno by mu było, skoro tamtejszy most nie został odbudowany po zniszczeniu w czasie I wijny. warto sprawdzać plotki, zanim sie je powtórzy...
> Przecież Henio wyraźnie napisał, że bawił się na Wzgórzu Bismarcka, a nie przy pomniku.
Henio napisał:
"Pomnik Bismarcka stał na Górze Bismarcka. Chodziłem tam jako dzieciak bawić się. W domu mówiłem idę na Górę Bismarcka. Wiedziałem, że to była pozostałość po Prusach w Bydgoszczy, tak jak koło Łodzi pomnik otoczny metalowym płotem w miejscu gdzie zginął Litzmann"
To co tu było ową pamiątką? Góra? Prusacy ją usypali?
To nie pomnik stał na wzgórzu, ale wieża bismarca. Jego posąg stał wewnątrz i został wyywieziony przez niemców przed oddaniem Bydgoszczy. Henio mógł oglądac najwyżej pustą wieżę. Gdyby faktycznie widział posąg, i umiał przeczytać towarzyszące mu napisy, to przestał by pleść dyrdymały o jakoby przyjaznej symbolice tego monumentu. Ale to zapewne żydzie je tam wypisali, a potem wszystko wysadzili w powietrze na złość Polakom?
>Osobiście wolę pamiętać o jego wkładzie w wątek "Co znaczyło w dawnej > Bydgoszczy...". Również historia o wyciętych drzewach w Wenecji, budynku > niemieckiej szkoły nie opodal Chodkiewicza czy anegdota o lustrze zasługuje na > coś milszego niż druzgocącą diagnozę stanu psychicznego.
Być może, ale nie ma tego w tym wątku, a pisanie postów, to nie ocena całokształtu. To co tu (i w innych wątkach) wypisuje osobnik podający się za henia i co najmniej trzy tuziny innych posatci płci obojga zasługuje raczej na analizę psychiatryczną a nie medal.
> Facet ma potencjał Cierpliwości.
Taaa, potencjał to on ma, tylko te klapki na oczach nie pozawlają na pełne zabłyśnięcie. No ale to żydowski spisek zapewne
|
| |
|
|
Co warto zobaczyć będąc na Costa Brava?
|
Oprócz wyżej wymienionych miejsc polecam odwiedzenie Pals, które jest uroczym, dobrze zachowanym średniowiecznym miasteczkiem. Wzniesione zostało ono wokół niewielkiego wzgórza i otoczone murami obronnymi. Budowle pochodzą w większości z XIV wieku. Dominującą budowlą jest wieża starego zamku Torre de les Hores. Kamienne mury i domy, wąskie strome uliczki to idealne otoczenie dla spacerów i spokojnego zwiedzania. Szczególne wrażenie robi spacer wieczorem, gdy latarnie rzucają jedynie odrobinę światła. Warto też zajrzeć do Sant Feliu de Guixols, które nazywane jest "królową Costa Brava" dzięki pogodnemu charakterowi, zadbanej promenadzie i dobrze zachowanej starówce, po której przyjemnie jest pospacerować. Miasto otoczone jest zalesionymi wzgórzami, znajduje się tu długa piaszczysta plaża, wzdłuż której biegnie wysadzana drzewami nadmorska promenada Passeig de Mar. Malowniczo prezentuje się stare centrum miasta wokół rynku Placa de Mercat otoczonego siecią wąskich uliczek.Piękny widok na miasto, zatokę oraz spory kawałek wybrzeża aż do odległej o 22 km Tossa de Mar rozciąga się ze wzgórza Ermita de Sant Elm (Pustelnia św. Elma). Na szczyt trzeba dotrzeć pieszo, ale panorama rekompensuje trud wspinaczki. Wykuty w skale napis informuje, że właśnie w tym miejscu poeta Ferran Agullo wpadł na pomysł nazwania tej części wybrzeża właśnie Costa Brava. Można też zajrzeć do Sant Pere de Rodes słynnego na Costa Brava klasztoru benedyktynów. Położony jest on w górach, bezpośrednio nad El Port de la Selva. Ruiny robią duże wrażenie, zwłaszcza jeśli dodać do tego wspaniałe widoki na zatokę. Sama jazda do klasztoru to niezapomniane przeżycie, bo na szczyt prowadzi bardzo kręta droga, a przez cały czas przed oczami roztaczają się wspaniałe widoki na góry i morze. Jadąc z klasztoru w kierunku morza krętą i stromą górską drogą, przez niemal bezludną okolicę i pozbawione roślinności wzgórza, dociera się do jednej z najładniejszych miejscowości na Costa Brava, za jaką uchodzi Cadaques. To małe miasteczko robi imponujące wrażenie, gdyż położone jest na stromym zboczu górskim, nad zatoką, której woda uderza niezwykłym błękitem.
|
Amerykanskie zapiski Erie - 2003 rok :)
|
ciag dalszy poprzedniego odcinka :) No, ale trzeba sciagnac mokry kostium! Tadek zakreca sie w koc i juz ma suche majtki na tylku, a ja? Wpadam na pomysl, wyciagam z torby moja dluga spodnice, zakladam ja na szyje robiac w ten sposob parawan i szybciutko sie przebieram... Jest druga po poludniu... musimy wyruszac w droge, bo czas nas goni. Zjadamy lekki posilek i wyruszamy. Chcemy byc jutro z samego rana nad Grand Canyon , a to szmat drogi. Ustalamy, ze bedziemy jechali do oporu, a przespimy sie w aucie gdzies po drodze. Wjezdzamy na autostrade Nr 10 Opuszczamy zielony pas wybrzeza kalifornijskiego i znowu wjezdzamy w pustynie. Patrze na mape i mowie do Tadka: - Napatrz sie dobrze, bo zielonego nie zobaczysz dlugo... Kilka godzin jazdy , tereny dosc plaskie, monotonne. Ciekawostka natomiast jest to , ze co kila mil ustawiony jest duzy zbiornik z woda - to woda do chlodnic samochodowych, czesto tez sa aparaty telefoniczne i informacje, ze sluza tylko do porozumiewania sie w naglych wypadkach. Na horyzoncie widze cos bialego, migajacego. zaczynaja sie wzgorza. A na wzgorzach tysiace wiatrakow. Kto widzial wiatrak na trasie Radom-Warszawa z wielkim napisem Mentos - ten wie o jakich wiatrakach pisze. No nie, te tutaj sa biale, bez zadnych napisow i kreca sie jak oszalale. Niesamowity obraz. na kazdym kolejnym wzgorzu, kolejne tysiace wiatrakow.... Musimy to uwiecznic na zdjeciu! Zatrzymujemy sie i ... nie moge utrzymac drzwi. Tadek musi mi pomagac. Wiatr jest bardzo, bardzo silny. Po prostu mnie pcha do przodu... Chowam sie za auto i robie zdjecia.
Dojezdzamy do miasteczka na pustyni Palm Springs. Slynie ono z tego, ze przebywal tutaj Elvis Presley - spedzil tutaj miesiac miodowy po slubie z Proscilla. Podobno lubil to miejsce szcegolnie latem, dziwne to o tyle, ze latem tutaj smazy jak wszyscy diabli, a on podobno nie znosil upalow. Rozwiązał ten program instalując w rezydencji klimatyzację, którą mógł regulować i jego przyjaciele przyrównywali dom do „chłodni rzeźniczej”. zatrzymujemy sie, zeby zatankowac auto. I nowa ciekawostka.., Wszystkie drzewa (palmy i male sosny) pochylone sa w kierunku wschodnim. To sprawa wiecznie wiejacego zachodniego wiatru. Za Palm Spring jeszcze male miasteczko Indio, a potem juz tylko kamienno -szara przestrzen.Gdzies w oddali widac nie zalesione wzgorza. To juz kraina Indian. na tym pustkowi znajduja sie rezerwaty indianskie. Niedlugo bedziemy skrecac w droge lokalna, wiec zatrzymujemy sie na rest area -
Tu sie przesiadamy. Ja prowadze. Dojezdzamy do drogi nr 95, - droga dwukierunkowa , monotonna, w srodku pustyni widze napis "Senior Center" (Dom Starcow) i strzalke kierujaca na jakas droge w prawo... Glupio smiejemy sie, ze jeszcze pare latek to nas tu przywioza na zasluzony wypoczynek... Teren robi sie gorzysty, troche mocnych podjazdow pod gore, ale czuje sie dobrze za kierownica. Juz ciemno. Przed nami oswietlona dolina . Dojezdzamy do miasteczka Needless, tuz za nim jest juz Arizona i autostrada Nr 40. Zamieniamy sie miejscami, musimy poszukac stacji beznynowej, bo czeka nas daleki odcinek pustyni, a mapa pokazuje, ze za wiele stacji to tutaj nie bedzie. Jest stacja! Wysiadam z auta i czuje, ze dmucha na mnie bardzo mocny i goracy prad powietrza. usuwam sie, a tu dalej... Mysle, ze to dmuchawa z klimatyzacji, ale nie! Tak dmucha goracy pustynny wiatr! ma sie wrazenie , ze to ogromna suszarka do wlosow. Zasypiam w aucie, Tadek budzi mnie . Przecieram zaspane oczy i widze, ze jestesmy na stacji benzynowej.Wychodzimy, prostujemy nogi. Na dworze goraco. Tutaj zatrzymamy sie na nocleg. Na parkingu pelno Tirow, ich kierowcy tez tutaj nocuja. Zegar przy drzwiach wejsciowych do sklepu wskazuje po drugiej w nocy. Znajdujemy kacik z tylu, za budynkiem , rozkladamy fotele do pozycji lezacej i w rytm huczacych w tirach klimatyzacji zasypiamy. Budze sie kilka razy, troche niewygodnie, ale to nic! Grunt, ze nadrobilismy troche nasz wypad nad Pacyfik! A jutro wreszcie zobacze Grand Canyon.... cdn.
|
Wycieczki samochodowe po Europie.
|
Oto jest: "W Belforcie zwiedzamy twierdzę -wspaniały zabytek sztuki fortyfikacyjnej Vaubana, z jej umocnień i fortów rozległy widok na leżące w dole miasto. Potem, nadal nad brzegami Doubs, w kierunku Besançon, gdzie stajemy na parkingu i rozglądamy się za obiadem, świadomi, że zbliża się feralna godzina 14.00, po której we Francji aż do wieczora się już nie je. Wojtek twierdzi, że należy przejść przez most na drugi brzeg rzeki, choć wygląda on nie zachęcająco- jakieś roboty drogowe itp. Idziemy więc w stronę przeciwną, ale gdy trafiamy na IT i dostajemy plan miasta, szybko orientujemy się, że rzeczywiście, trzeba wrócić na most. Zaraz za nim widzimy restaurację z zachęcającą ceną przy napisie "plat du jour...", wchodzimy, urocza panienka wita nas drzwiach, że "fermé", ale na widok głodu w naszych oczach litościwie wskazuje, że obok jest bar. Jest: długa lada z pojemnikami z gorącymi i zimnymi potrawami, wybieramy steki z frytkami, które otrzymujemy w niespotykanej ilości... ponieważ i ten lokal za chwilę był też fermé, pewnie dali nam całą zawartość frytownicy, potem pijemy jeszcze kawę z automatycznego ekspresu, za wszystko płacimy 106 FrF, a wypuszczają nas bocznymi drzwiami...bo lokal już fermé. Najedzeni ruszamy na zwiedzanie miasta. Jak wszystkie tutaj schludne i zabytkowe, ale wyraźnie unowocześniane, zabytki wkomponowane w nowszą architekturę np. rzymski łuk Porte Noire, na wzgórzu potężna twierdza (znowu Vauban) z której piękny widok na całe miasto ulokowane ciasno w pętli Saony, ale horyzont mniej rozległy niż w Belfort. Trochę błądzimy w poszukiwaniu naszego F1, ale w końcu docieramy do niego, wypijamy jogurt, cydr i herbatę potem idę na spacer po okolicznym osiedlu. Bez problemu rezerwujemy telefonicznie hotel na pojutrze we Vienne. Właściwie to problem był: na schematycznej mapce F1 jest w Vienne, ale szukać go należy pod Lyon, naprawdę zaś jest w miejscowości Chasse-sur-Rhône. Wieczorem w telewizji znowu Diana, dorozumiewamy się wreszcie, że zabiła się w Paryżu, że paparazzi, alkohol, 180 mil/godz. itd. 02.09.: Wobec tego, że etap z Besançon do Bourg-en-Bresse wydał nam się krótki i, sądząc z mapy, nudny, postanawiamy jechać przez Dole, Beaune, Tournus. Droga malownicza, przez cały czas z dłuższymi przerwami mży, ale niezbyt dokuczliwie. Dole: stare wspaniałe miasto w doskonałym stanie, wąskie, kręte uliczki, wspaniały kościół Notre Dame. W Beaune nieprawdopodobnie piękny i wypieszczony Hotel Dieu- XIV wieczny szpital-hospicjum, w pełni zrekonstruowane wyposażenie i wystrój wnętrz, z łóżkami, nocnikami, cynowymi dzbankami i talerzami, wspaniałe podwórze, bajeczny dach z kolorowej dachówki, główna sala chorych z kunsztownym drewnianym stropem, w specjalnym zacienionym pomieszczeniu duży poliptyk, przeniesiony tam z głównej sali. Tournus właściwie minęliśmy, ale coś nas tknęło, że zawróciliśmy z powrotem i warto było. Olbrzymi, obronny kościół romański, we wnętrzu potwornej grubości kolumny, całość XI-XIV w., obok opactwo malutkie, ale uroczo surowe. Całość wkomponowana w miasto, okoliczne domy chyba z tych samych czasów. Po drodze tankujemy, wzdłuż drogi ścierniska, ale głównie pola słoneczników i kukurydzy, (co nasuwa mi myśl, że pewnie Chruszczow miał rację), no i winnice." Ma byc coś jeszcze? Pozdrowienia .
|
Francja w opisach z podróży Fredzia
|
Wycieczki samochodowe po Europie...Jura
Autor: Gość: Fredzio IP: *.zwnet.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl Data: 14.02.2004 13:23 "W Belforcie zwiedzamy twierdzę -wspaniały zabytek sztuki fortyfikacyjnej Vaubana, z jej umocnień i fortów rozległy widok na leżące w dole miasto. Potem, nadal nad brzegami Doubs, w kierunku Besançon, gdzie stajemy na parkingu i rozglądamy się za obiadem, świadomi, że zbliża się feralna godzina 14.00, po której we Francji aż do wieczora się już nie je. Wojtek twierdzi, że należy przejść przez most na drugi brzeg rzeki, choć wygląda on nie zachęcająco- jakieś roboty drogowe itp. Idziemy więc w stronę przeciwną, ale gdy trafiamy na IT i dostajemy plan miasta, szybko orientujemy się, że rzeczywiście, trzeba wrócić na most. Zaraz za nim widzimy restaurację z zachęcającą ceną przy napisie "plat du jour...", wchodzimy, urocza panienka wita nas drzwiach, że "fermé", ale na widok głodu w naszych oczach litościwie wskazuje, że obok jest bar. Jest: długa lada z pojemnikami z gorącymi i zimnymi potrawami, wybieramy steki z frytkami, które otrzymujemy w niespotykanej ilości... ponieważ i ten lokal za chwilę był też fermé, pewnie dali nam całą zawartość frytownicy, potem pijemy jeszcze kawę z automatycznego ekspresu, za wszystko płacimy 106 FrF, a wypuszczają nas bocznymi drzwiami...bo lokal już fermé. Najedzeni ruszamy na zwiedzanie miasta. Jak wszystkie tutaj schludne i zabytkowe, ale wyraźnie unowocześniane, zabytki wkomponowane w nowszą architekturę np. rzymski łuk Porte Noire, na wzgórzu potężna twierdza (znowu Vauban) z której piękny widok na całe miasto ulokowane ciasno w pętli Saony, ale horyzont mniej rozległy niż w Belfort. Trochę błądzimy w poszukiwaniu naszego F1, ale w końcu docieramy do niego, wypijamy jogurt, cydr i herbatę potem idę na spacer po okolicznym osiedlu. Bez problemu rezerwujemy telefonicznie hotel na pojutrze we Vienne. Właściwie to problem był: na schematycznej mapce F1 jest w Vienne, ale szukać go należy pod Lyon, naprawdę zaś jest w miejscowości Chasse-sur-Rhône. Wieczorem w telewizji znowu Diana, dorozumiewamy się wreszcie, że zabiła się w Paryżu, że paparazzi, alkohol, 180 mil/godz. itd. 02.09.: Wobec tego, że etap z Besançon do Bourg-en-Bresse wydał nam się krótki i, sądząc z mapy, nudny, postanawiamy jechać przez Dole, Beaune, Tournus. Droga malownicza, przez cały czas z dłuższymi przerwami mży, ale niezbyt dokuczliwie. Dole: stare wspaniałe miasto w doskonałym stanie, wąskie, kręte uliczki, wspaniały kościół Notre Dame. W Beaune nieprawdopodobnie piękny i wypieszczony Hotel Dieu- XIV wieczny szpital-hospicjum, w pełni zrekonstruowane wyposażenie i wystrój wnętrz, z łóżkami, nocnikami, cynowymi dzbankami i talerzami, wspaniałe podwórze, bajeczny dach z kolorowej dachówki, główna sala chorych z kunsztownym drewnianym stropem, w specjalnym zacienionym pomieszczeniu duży poliptyk, przeniesiony tam z głównej sali. Tournus właściwie minęliśmy, ale coś nas tknęło, że zawróciliśmy z powrotem i warto było. Olbrzymi, obronny kościół romański, we wnętrzu potwornej grubości kolumny, całość XI-XIV w., obok opactwo malutkie, ale uroczo surowe. Całość wkomponowana w miasto, okoliczne domy chyba z tych samych czasów. Po drodze tankujemy, wzdłuż drogi ścierniska, ale głównie pola słoneczników i kukurydzy, (co nasuwa mi myśl, że pewnie Chruszczow miał rację), no i winnice." Ma byc coś jeszcze? Pozdrowienia .
|
kałamstwa na stronie hajnowka.pl
|
Cóż, by nie być gołosłowną przytaczam artykuł za strony hajnówka.pl i zaznaczę kłamstwa, które aż oczy kłują.
Śladami polskiej historii
organizując wycieczkę nikt nie chciał szukać "sładów polskiej historii", bo celem wycieczki było zwiedzanie białoruskiej części Puszczy Białowieskiej i jej okolic, więc nadanie takiego tytułu już zniekształca całą informację.
"Wycieczką śladami polskiej historii można określić wyprawę na Białoruś uczniów kl IV c z wychowawczynią Danutą Samerek ze Szkoły Podstawowej Nr 5 . Trzydniowy pobyt 31 maj - 2 czerwiec pozwolił zwiedzić dzieciom: Wysokie Litewskie, Wołczyn, Gremiaczę, Brześć, Kamieniec i Kamieniuki.
Obecne białoruskie miasteczka związane niegdyś z Rzeczpospolitą, wciąż posiadają wiele śladów dawnej polskości. Uczestnicy wycieczki zwiedzili pałac wzniesiony w l. 1816-20 przez ks. Pelagię z Potockich Sapieżynę, zwany pałacem Sapiehów w Wysokim Litewskim. To stare miasteczko położone na wzgórzu, otoczone z trzech stron rzeką Pulwą, liczy około 5 (ponad 7) tys. ludności.
Obecnie nieużytkowana zabytkowa budowla jest główną atrakcją tego miejsca."
To nie jest główna atrakcja tego miasta, lecz jeden z wielu zabytków, nie najstarszy, zresztą.
"Pałac ma zabite deskami okna, ale teren wokół niego jest ładnie uporządkowany. Zadbany park jest pod opieką szkoły, która posiada na jego terenie internat."
Park nie znajduje się pod opieką szkoły, która ma na jego terenie internat. Szkoła mieści się na dziedińcu pałaca, a park jest w innym miejscu i opiekuje się nim inna instytucja.
"O smutnych kolejach losu zabytkowej budowli i nadejściu komunistycznej władzy przypomina, namalowany na jednej z desek czerwony napis LENIN 1924 r."
O tym ponoć pani Zachaj powiedział kolega, który tam kiedyś był. Szkoda, że ona w swoim artykule nie podpiera się osobiście sprawdzonymi informacjami, lecz usłyszanymi gdzieś od kogoś przypadkowo, i nawet nie w tym temacie. Podczas wycieczki nie szukaliśmy śladów komunizmu, tylko zwiedzaliśmy miasteczko o ciekawej i bogatej historii. Ale pani Zachaj trzeba było dorobić swoją ideologię, więc ją dorobiła.
"Dzieci zwiedziły również miejscowość Gremiacze, gdzie był ochrzczony i pochowany ostatni król Polski Stanisław August Poniatowski."
Otóż dzieci zwiedziły miejscowość Wołczyn, gdzie znajduje się koścół, w którym był ochrzczony i pochowany Stanisław August Poniatowski. W Gremiacze natomiast zwiedziły park i stary pałac
"Twierdza, muzeum archeologiczne oraz wesołe miasteczko to obiekty odwiedzone w Brześciu. Wieża w Kamieńcu, Muzeum Przyrodnicze w Puszczy Białowieskiej w Kamieniukach oraz obiekty zabawnej siedziby białoruskiego Mikołaja – Dzieda Moroza były ostatnim punktem wycieczki."
Jak już pani Zachaj była tak dokładna w wyszukiwaniu informacji na temat Wysokiego, to czemu ominęła Brześć, Kamieniec, Kamieniuki? A może bała się dorobić tym miastom chybionego nacjonalistycznego wizerunku?
"- Nasza wycieczka była bardzo udana - powiedziała Marta Trochimczyk, opiekun grupy z ramienia rodziców - A teren zwiedzania był tym bardziej przyjazny i ciekawszy, że na każdym kroku spotykały nas ślady dawnej polskości tych ziem. Dzieci były bardzo zadowolone z takiego prezentu jaki sprawiliśmy całej klasie na Dzień Dziecka. Wycieczka była dofinansowana z "Gminnego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej". Organizatorzy składają podziękowania Burmistrzowi Miasta Hajnówka za pomoc w pokryciu kosztów przedsięwzięcia. JZ"
Cóż, bardzo mi przykro, że ze zwykłej dziecięcej wycieczki krajoznawczo- przyrodniczej pani Zachaj zrobiła akcję "szukania śladów", czym skrzywdziła i obraziła zarówno uczestników wycieczki, jak i jej organizatorów. Jak się nie wie co pisać, lepiej nie pisać wogóle.
Tak na marginiesie - to nie pierwszy i niestety nie ostatni artykuł zawierający kłamliwe informacje.
|
Śladami Pana Samochodzika - co proponujecie?
|
Może niekoniecznie na temat - choć blisko, blisko - nasza wyprawa nie trwała bowiem kilku dni, a zaledwie były to 2 krótkie wypady. Mieszkamy w Gdyni, nie było więc kłopotem wybrać się do Fromborka. Ponieważ nie ustaję w znoju i trudzie nakłaniać mojego syna (9 lat) do lektury PS (a on się dzielnie opiera, niestety, widać cienka jestem w argumentacji :))), wymyśliłam,że połączymy razem przyjemne z pożytecznym, pogadamy o Koperniku, obejrzymy katedrę z przyległościami, a następnie udamy się śladami PS. Od razu powiem, że o ile Kopernik stanął na wysokości zadania ( :)) i był na miejscu, tak samo zresztą jak całe wzgórze katedralne, o tyle część druga ambitnego planu całkowicie nie wypaliła. Niestety, okazało się, iż kompletnie niechcący trafiliśmy na obchody Dni Fromborka; powitały nas bazarowe stragany i kiełbaski z grilla vis a vis pomnika Kopernika (przy Wieży Wodnej), a nad snującymi się dymami z grilli unosił się upojny dżwięk jakieś chały dyskotekowej ze "sceny muzycznej". Oczywiście poziom decybeli i smrodu był taki, że zwiewaliśmy stamtąd żwawo. Na szczęście na Wzgórzu Katedralnym było cicho i miło, zwiedziliśmy (bynajmniej nie sami, zwiedzających było więcej)co się dało; potem poszliśmy nad Zalew, oglądając po drodze miejsce, gdzie jest obecnie park, spekulując, czy to są te trawniki, które zakładali harcerze na miejscu zburzonych w czasie wojny domów (w ramach akcji Frombork 2000) i wyjechaliśmy z Fromborka. Naprawdę, naprawdę warto pojechać, Wzgórze jest rewelacyjne, zwłaszcza gdy kogoś nie nudzą stare mury. Przyznaję z pokorą, że nie szukaliśmy już ani jaru nad Baudą, którym droga prowadziła do Krainy Straszliwego Asa, odechciało nam się także PTTK. Nie trafiliśmy też na ulicę, gdzie miało rosnąć Taufelsbaum. Czy fakt, że lało jak z cebra, usprawiedliwi nas choć trochę w oczach fanów PS???????
Drugi natomiast wypad (choć nie do końca był to wypad - zajechaliśmy tam wracając z Olsztyna - "skręcił do piekieł, po drodze mu było") odbyliśmy do Jerzwałdu. Polecam kobietom zwłaszcza, jechaliśmy takimi kocimi łbami, tak nas wytrzęsło, że ciała mamy pewnie teraz trwale ujędrnione :))) Ale za to pierwszy dom za znakiem z nazwą Jerzwałd wydał mi się jakiś znajomy taki, jakbym go gdzieś widziała - no i bingo, wjechaliśmy idealnie akurat tam, gdzie należało. To był TEN DOM, z tablicą na frontowej ścianie, że "tu w latach 1967 - 1994 nieszkał....". Nie pchaliśmy się do środka, gospodarze mieli gości (chyba), w każdym razie po chwili brama się otworzyła i wyjechało kilku panów konno. Jak dla mnie - rewelacja. Wyciągając szyje nad płotem (ale dyskretnie, dyskretnie) obejrzeliśmy słynny mostek (znany ze zdjęć do wydań Warmii). A potem poszliśmy na cmentarz. Obecnie używana część cmentarza jest malutka i łysa, drzewa rosną naokoło; wyraźnie widać starą, zadrezwioną i zaniedbaną część - w której groby w większości pokryte są bluszczem i tylko wybrzuszenia wskazują, że coś tam pod spodem jest. Usiedliśmy przy grobie Zbigniewa Nowickiego - Nienackiego (taki napis jest na pomniku), posiedzieliśmy z Nim chwilę - i ruszyliśmy dalej. Ot i taka cała wyprawa. Piszę się na następne spotkanie letnie fanów PS, można? Pozdrawiam wszystkich
PS. Aha, zapomniałam dopisać, że niestety wyprawy śladami PS i jego Autora nie spełniły podstawowego celu - syn dalej nie czyta PS. Tylko Harry Potter mu w głowie. Co robić??? Jak go namówić do czytania czegokolwiek innego niż HP, nie tylko PS???? Skończyłam już z perswazją słowną, co będę dzieciaka zniechęcać, co za dużo to... każdy wie. Pozdrawiam ponownie
|
Roztoczańskie opowieści...
|
Szcze ne wmerła Ukraina... Z Wielkich Oczu (niektórzy mówią Wielkich Ócz), jadąc tym razem już cały czas asfaltem, docieramy do Kobylnicy Wołoskiej. Wsi nie sposób byłoby przegapić, bo już z odległości kilku kilometrów widać wybudowaną na wzgórzu, potężną , murowaną cerkiew p.w. św. Dymitra. Ta jest w doskonałym stanie, bo raz że wybudowana stosunkowo niedawno (1924 rok) a dwa – jest wykorzystywana od 1947 roku, jako kościół rzymskokatolicki, więc cały czas o nią dbano. W ostatnich latach, na powrót zaczęto tu odprawiać nabożeństwa w liturgii greckiej, na przemian z rzymskimi. Mimo prześladowań ze strony komunistów nakierowanych na likwidację Cerkwi greckokatolickiej, udało się unitom przetrwać i w latach 90- tych niektóre cerkwie na wschodzie Polski ożyły na nowo... Ta w Kobylnicy Wołoskiej robi duże wrażenie, bo jest rzeczywiście ogromna w porównaniu do wszystkich tych małych cerkiewek oglądanych do tej pory. Podobno tu też kiedyś była stara, drewniana cerkiew, z którą wiąże się pewna legenda. Otóż pewien kupiec wołoski miał kiedyś pędzić tędy woły na sprzedaż. Rozpętała się potężna burza i woda zaczęła zalewać okoliczne łąki. Kupiec z bydłem schronił się na wzgórzu i ślubował, że jeśli ocaleje, zbuduje tu cerkiew. Deszcz ustał, kupiec wywiązał się z ślubowania i odtąd to miejsce zaczęto nazywać Kobylnicą Wołoską (czemu nie Wołownicą Wołoską– nie mam pojęcia). Z Kobylnicy, znowu asfaltem kierujemy się przez Budzyń i Korczową do Młynów. Jedzie mi się ciężko, pokonywanie wzniesień sprawia coraz więcej trudności. Słońce nie ułatwia jazdy, dogrzewając okrutnie. Z dużą ulgą zsiadam z roweru pod następną drewnianą cerkiewką, zaczynam powątpiewać czy dam radę pokonać całą zaplanowaną na dziś trasę, a nie jesteśmy jeszcze nawet w jej połowie... Ale przestaję sobie tym na razie zaprzątać głowę. Chodzę na sztywnych nogach wokół zbudowanej w I połowie XVIII wieku cerkwi p.w. Opieki Matki Bożej. Nie tak może piękna, jak niektóre z dotąd widzianych, ale przynajmniej w dobrym stanie. Ma dwie kondygnacje i szerokie soboty. Drzwi są niestety zamknięte i nie da się obejrzeć wnętrza. Przez okna widzimy tylko, że jest wyposażone. Zachował się ikonostas. Przy cerkiewce znajduje się też drewniana dzwonnica. Największą ciekawostką tego miejsca jest to, że przez blisko 20 lat, w tej cerkwi pracował jako kapłan Michajło Werbyckij. Urodził się w Jaworniku Ruskim na Pogórzu Przemyskim, w pobliskim Uluczu (kilka kilometrów od Jawornika) oglądałem kilka lat temu tablicę pamiątkową poświęconą Werbyckiemu). Zmarł tutaj we Młynach i tutaj został pochowany. Jego bardzo oryginalny nagrobek, w kształcie liry znajduje się blisko cerkwi. Przy grobie sporo kwiatów i to niedawno składanych, bo nie całkiem jeszcze zwiędły. Na wieńcach żółto- niebieskie wstęgi i ukraińskie napisy. Skąd to wszystko? Otóż Michajło Werbyckij był nie tylko unickim księdzem, ale też i kompozytorem. To on napisał muzykę do sztuki „Zaporożcy” a w niej jedną szczególną pieśń – obecny narodowy hymn ukraiński - „Szcze ne wmerła Ukraina”...
|
O wyższości Łomży nad Białymstokiem
|
O wyższości Łomży nad Białymstokiem Dzięki aurze zostaliśmy zmuszeni aby rozstrzygnąć wątpliwość, które święta są ważniejsze: Boże Narodzenie czy Wielkanoc? Istnieje poważna obawa, że na Wielkanoc będziemy lepić bałwana. Śnieg jest atrybutem wigilii i witania nowego roku. Dyskusja zatem jest zasadna. Mając za sobą taką intelektualną rozgrzewkę i „w tych okolicznościach” przyrody zastanówmy się nad tezą, którą chciałbym tutaj postawić i udowodnić, a narażę się, że ho ho ho. A mianowicie tezę o wyższości Łomży nad Białymstokiem. Pierwsza wyższość rzuca się od razu w oczy: Łomża jest położona wyżej aniżeli Białystok, wzgórza były cenniejsze, aniżeli płaskowyże, to na nich lokowano zamki, podczas bitew stanowiska dowódców. Łomża jest też znacznie starsza, i bardziej w Polsce rozpoznawalna. W Białymstoku chwalimy się za to Kurpiami Zielonymi, które mają przecież łomżyński rodowód. Ziemia Łomżyńska miała Glogera, Łomża i ziemia łomżyńska była warowna, miała liczne zamki, była bliżej centrum, mniej prowincjonalna. O kompleksach, które mamy wobec Łomży świadczy chociażby ten fakt, że Białostoczanie chętnie kupują łomżyńskie „laleczki”, a Łomżyniacy Dojlid raczej nie skosztują. Łomża ma tygodnik (Białystok: nie), w którym pisuje kilku znakomitych dziennikarzy, a ich teksty są na wysokim poziomie: udokumentowane reportaże i solidna publicystyka (właściwie nieobecna w dziennikach z Białegostoku). Białystok nie dorobił się nigdy równie znakomitej, aktywnej i sprawnej organizacji jaką jest Towarzystwo imienia Wagów. Społeczność łomzyńska jest dumna ze swojego miasta, akcentuje swoją odrębność i nie znajdziecie tam bodaj nikogo, kto użyje słowa Podlasie. Zatwardziali to oni są! O skali akcji i działań chartytatywnych, zbiórek na szlachetne cele, tego typu społecznej aktywności możemy tu nad Białą pomarzyć. Właśnie zakończyła się akcja łomżyńskich Amazonek na Balu Życzliwych Serc. Bal organizowany jest po raz czwarty przez łomżyńskie Stowarzyszenie Kobiet z Problemem Onkologicznym. W niewielkiej liczebnie Lomży zebrano 18 tysiecy złotych. Na mammograf (potrzeba około 400 tys. zł) łomżyńskie amazonki zebrały już 113 tysięcy złotych! Kiedy w Białymstoku zebrano więcej? Zbiórki pieniężne na ratowanie zabytkowego cmentarza w Łomży to wydarzenie w skali całego miasta. Wzmianki na ten temat ukazują się w dziennikach telewizyjnych i Teleexpresie obok relacji z warszawskich Powązek. Charytatywne mecze piłkarskie, kwesty w mieście nad Narwią mają wieloletnią tradycję. To wreszcie łomżyńskie wydawnictwo „Stopka” wydało w tym roku gigantyczną pracę pt „Kultura Polityczna Polaków” pozycję cytowaną przez wszystkie bodaj liczące się media w Polsce (właściwie nieodnotowaną w Białymstoku). W tym samym czasie, gdy w Łomży ukazuje się „KPP” w Białymstoku podnosi się żenującą kwestię dyskutując dlaczego nie ma w mieście literatów, a jeżeli już są, to dlaczego nic nie piszą, a skoro już piszą – to dlaczego piszą tak kiepsko. W ubiegłym roku latem byłem w Łomży, rynek ponownie wypiękniał (Łomża jak wiecie jak ładnym miastem, my mieliśmy szansę ją przebić dzięki jedynym w Europie Bojarom, ale lokalne władze w sojuszu z pseudoarchitektami pogrzebali tę szansę bezpowrotnie). W miejscu gdzie znajduje się tablica upamiętniająca spaloną synagogę jakiś szczyl (nie ważne ile miał lat) domalował gwiazdę Dawida i różne niemądre dopiski. Zajrzałem do prezydenta Marcina Sroczyńskiego, przyjął mnie od razu, krótko powiedziałem w czym rzecz. Za 15 minut napis został usunięty. W ubiegłym roku w Białymstoku zdjęto nielegalnie tablicę ze starej bóżnicy przy ulicy Pięknej. Pomimo wielu publikacji, listów, apeli do prezydenta Białegostoku tablicy nie przywrócono. Machnięto na sprawę ręką. Pisząc tak ciepło o Łomży zdaję sobie sprawę, że problem przerysowuję. Ja lubię jakoś Białystok, nic nie poradzę, że jest miastem młodszym i niżej położonym. Nie chcę się również stąd wyprowadzać. Jednak czasami Łomży zazdroszczę. A jakie jest wasze zdanie? Wypowiedzcie się a raczej wypiszcie na naszym forum. www.szukamypolski.com
|
Funny Nile - moje wspomnienia
|
29.10 Luksor, zakwaterowanie na statek
Wstajemy raniutko, a właściwie jeszcze w nocy. Budzimy się dzięki dzwonkowi w komórce. Jakoś nie wierzyłam w to egipskie budzenie, które mieliśmy zamówione, i jak się okazało, bardzo słusznie. Dzwonili do nas, a i owszem, ale ... telefon miał wyłączony (lub zepsuty) dzwonek! Grunt, że punktualnie stawiamy się na miejsce zbiórki. Jestem trochę nieprzytomna, ale tylko przez chwilę; emocje robią swoje. Wydaje mi się, że przez całą noc śniły mi się zabytki, które już dziś mamy zobaczyć. Czyżbym miała prorocze sny?
Krążymy jeszcze trochę po Hurgadzie, zbierając pozostałych uczestników naszego rejsu. Okazuje się, że będziemy mieli kameralną 12. osobową grupę warszawsko – śląsko – australijską. My oraz jeszcze jedno małżeństwo jesteśmy najmłodsi. Docieramy do miejsca, skąd wyrusza konwój. Zawsze wyobrażałam sobie, że w czasie konwoju wszędzie otaczać nas będzie policja – z przodu, z tyłu, z boku – na trasie. Tymczasem jest jej zdecydowanie mniej, niż myślałam. Jedziemy w kilkanaście autokarów dosyć rozstrzelonym konwojem; chwilami nie widzimy przed sobą ani za sobą żadnych innych pojazdów. Nasza przewodniczka podczas rejsu, Agnieszka, Polka od 8 lat mieszkająca w Kairze, zdradza nam, że obecnie konwoje wyglądają zupełnie inaczej niż kiedyś. Są utrzymywane przez biura turystyczne i ich głównym celem nie jest już zapewnienie nam bezpieczeństwa (Aga twierdzi, że i tak jest bezpiecznie), lecz zapewnienie szybkiego i bezproblemowego transportu turystów. To fakt, w czasie konwojów tamowany jest całkowicie ruch drogowy, a znając zwyczaje tutejszych kierowców (my tak naprawdę dopiero je poznamy), założę się, że normalnie przebycie tej trasy zabrałoby nam zdecydowanie więcej czasu. Znaczną część drogi przebywamy pośród skalistych wzgórz. Tak wygląda pustynia w Egipcie, choć większości pewnie słowo „pustynia” kojarzy się z ogromnymi połaciami miękkiego i drobnego piasku. Droga jest kręta i raz po raz zanurzamy się w kolejne zakamarki otaczających nas wzgórz. Wkrótce krajobraz zmienia się i mijamy mniejsze i większe miejscowości. Mój pierwszy szok po obejrzeniu Hurgady i wiecznego placu budowy w jej okolicach, tutaj zdecydowanie się powiększa. Widzę wyższe i niższe zabudowania, które lata świetności dawno mają już za sobą, a tak naprawdę chyba nigdy nie zostaną dokończone (czyli jak się okazuje tu w Egipcie mają trochę więcej niedokończonych rzeczy niż tylko obelisk;). Niczym flagi łopoczą na wietrze ręczniki, chusty i inne elementy garderoby – jest to jak dla mnie jedyny ślad tego, że budynki są zamieszkałe. Z autokaru widzimy też ich mieszkańców – bardzo biednych ludzi, starych i młodych, i malutkie jeszcze dzieci. Faceci w długich sukmanach – galabijach – „gnają” na osiołkach po brudnych ulicach, inni siedzą przed domami i wpatrują się na przejeżdżające autokary. Myślę sobie, że my jesteśmy dla nich taką samą atrakcją, jaką oni dla nas.. Na murach gdzieniegdzie widnieją zakurzone i odrapane reklamy Pepsi – jak się okazuje, to rzeczywiście marka globalnaJ. Obserwując te widoki zdaję sobie sprawę, że właśnie zaczyna się prawdziwy Egipt, nie mający nic wspólnego z jarmarcznością Hurgady. Miejscowości wypoczynkowe są zamkniętymi enklawami, rządzące się swoimi własnymi prawami wynikającymi z upodobań i przyzwyczajeń turystów, dlatego po stokroć warto wybrać się choćby na jedną wycieczkę, by naprawdę poczuć, dotknąć, zobaczyć kawałek kraju, który trzy tysiące lat temu był światową potęgą, a dziś zdaje się funkcjonować jedynie dzięki swej historii... Wkrótce docieramy do Luksoru. Dopada nas miejski zamęt i ruch uliczny, ale w mojej głowie zamęt jest chyba większy – niebawem moim oczom ukażą się jedne z najsłynniejszych zabytków na świecie! Przystanek pierwszy – Karnak. Największy zespół świątynny w Egipcie, budowany, rozbudowywany i przebudowywany przez stulecia. Co bardziej leniwi faraonowie nie stawiali świątyń od podstaw, ale korzystali z dorobku swoich poprzedników - albo burzyli ich świątynie i z pozostałych skalnych bloków stawiali nowe, jeszcze okazalsze i wspanialsze, albo zwyczajnie zacierali napisy i wizerunki przodków, naprędce wykuwając swoje. Nie robili sobie wiele z dorobku swoich przodków, koncentrując się na tym, aby to właśnie oni byli zapamiętani najlepiej i pozostawili po sobie największy dorobek architektoniczny.
|
Mieliśmy w Poznaniu "Bractwo Literatów!!!!!
|
Vanitas vanitatum. Pamiętacie tę wystawę w naszym Muzeum Narodowym? To było wydarzenie!!!!!! To było cos co warto zapamiętać. Teraz eksponaty zostały zwrócone właścicielom. Pozostała pamięć i wspaniały Katalog. Tylko nieliczne eksponaty pozostały w Poznaniu. Jednym z nich jest obraz który jest w naszym MN. Może nie każdy na niego zwraca uwagę. To w zasadzie XIX wieczna kopia obrazu krakowskiego - Taniec Śmierci – Dance Macabre. Kopia wykonana przez Seweryna Krauze. Warto przed tym obrazem się zatrzymać i popatrzyć. Znacie ten motyw? Popularny w sztuce od średniowiecza. Przedstawiający śmierć tańczącą z wszystkimi stanami. Od papieża do chłopa. W upiornych tańcach księża, mnisi, żołnierze, cesarze, kupcy, żebracy czy papieże tańczą razem. Są równi a ich równość podkreślają wierszowane napisy. Szokująca to teza – wieśniak równy w śmierci cesarzowi. Jakże naiwne ale też jakże rewolucyjne w tamtych czasach. Obraz śmieci. Dobrej Pani równo tratującej wszystkich. I z czułością zajmującą się wszystkimi. „Różnych stanów piękne grono Gęstą śmiercią przepleciono Żyjąc wszystkie tańcujemy Aże obok śmierć, nie wiemy.”
„Szczęśliwy kto z tego tańcu Odpocznie w Niebieskim szańcu Nieszczęsny kto z tego koła W piekło wpadłszy biada woła.”
Warto może też przypomnieć sobie śmierć w obrazach Malczewskiego. Łagodnie dotykająca oczu oczekującego jej z tęsknotą człowieka. I może uświadommy sobie losy pośmiertne Poznaniaków. Jak bezwzględnie czas i ludzie potraktowali groby naszych poznańskich przodków. Kto wie, kto leży na skrzyżowaniu Garbar i Solnej. Kto wie kto leży pochowany na cmentarzyku na skrzyżowaniu ul Wodnej i Ślusarskiej – pod brukiem. Co stało się z grobami w Katedrze. Co spowodowało, że Prusacy płyty nagrobne z Katedry wykorzystali do wzmocnienia koryta Cybiny. Jak potraktowano trumny z szczątkami poznaniaków w podziemiach Fary (na szczęście nie w całości – niewielka część przetrwała). Nawet nie wiemy gdzie pochowano Skrzetuskiego (pierwowzór bohatera Sienkiewicza) i nasza wiedza pochodzi tylko z jego testamentu. Dlaczego likwidowano stare Poznańskie cmentarze: przy Towarowej, wzdłuż ul. Królowej Jadwigi, cmentarze żydowskie przy Placu Wolności czy Głogowskiej, Cmentarze przy Obornickiej. Przetrwał choć mocno zniszczony cmentarz farny na Wzgórzu św. Wojciecha. A wiecie, że nawet ten cmentarz miał być splantowany na korty tenisowe???? Na szczęście przestraszono kacyków grobami ofiar zarazy, które tam są. Dlaczego Poznań miał takiego pecha jeśli chodzi o upamiętnianie swoich wielkich zmarłych. Owszem mamy krypty pod św. Wojciechem. Ale gdzie są szczątki Cegielskich, Bentkowskich czy innych bohaterów Najdłuższej Wojny Europy? Gdzie są szczątki Strusia czy wielkich burmistrzów Poznańskich? Gdzie groby pisarzy kronik poznańskich – Winklera i innych? Gdzie jest grób Lubrańskiego – owszem w katedrze – ale gdzie? Gdzie są groby książąt piastowskich? Ile jeszcze tych pytań można zadać?
Dzisiaj nie pierwszy listopada – ale czy nie warto nad tym się zastanowić. Faktycznie „Marność nad marnościami” - Vanitas vanitatum.
I to by było wszystko.
|
Kruszka do Bebiaczka
|
Dzień dobry Bebiaczku. Smutno i szarawo, ale się nie poddaję, wiesz…nie spałam dzisiaj całej nocy – żeby zdobyc to mieszkanie zapożyczyłam się okrutnie, od szefa, od znajomych – i co będzie jeżeli… właśnie. Przemyślałam sprawę… są w Szczecinie jeszcze inni deweloperzy, są już wybudowane mieszkania nowe, są mieszkania używane…. I też są poddasza, które tak kocham. Właśnie Bebiaczku – nie kupuje się mieszkań jak świeże bułki… wydaje mi się, że ci Państwo nieładnie ze mną zagrali, po prostu tak czuję – zaczęłam wypytywać, drążyć, sprawdzać – może zaczęłam być niewygodna???? Ich przeszłość rysuje się naprawde brzydko –oszukali wiele ludzi, tak się akurat składa, że znajomy mojej koleżanki, jest czymś w rodzaju radcy prawnego? I popytał tylko znajomych.. Okazało się, że renoma to nic innego jak „zielone wzgórze” i wiesz Bebiczku, nawet taki napis mi wyskoczył, jak biuro przesyłało mi dokumenty faksem…Najlepiej tak jest –jak się kogos oszuka, to założyć nową firmę i oszukiwać dalej…. Dzieki za post w którym radziłas Pipi co ma robic, to też otworzyło mi oczy… Widzisz Bebiaczku - u nas dokladnie moze byc tak samo. w paragrafie 4 firma jest obciazona hipoteka banku. mozna miec a akcie notarialnym ze wydziela hipoteke a potem jedno wielkie g.... moze i byc dobrze, ale jakie sa szanse ze bedzie dobrze, skoro juz tyle wiem? -oszukali innych ludzi jako zielone wzgorze. -zmienili nazwe na renoma... po co? zeby ukyrc jak wczesniej sie nazywali -wymuszaja na mnie natychmiastową umowe przedwstepną i wpłate 5% -nie określają wartości gruntu który przypada na mój lokal -nie okreslaja konkretnego terminu sprzedaży -nie wiem jak wyglada ich spłata wobec banku jest za dużo tych ALE... reszte pieniędzy miałam wpłacic przy odbiorze lokalu. Dokładnie tak to jest napisane w umowie przedwstępnej. Dzieki niuniu, że rzucasz mi hasła, jednak postapię jakbys i ty postapiła – dam sobie z nimi spokój. Za dużo mam wątpliwości. Zaczynam szukać innego mieszkanka.. Mam pytanie Bebiaczku – jak wygląda sprawa z kupnem mieszkania na rynku wtórnym? Czy pośrednik licencjonowany gwarantuje sprawdzenie nabywanego przezemnie mieszkania? Na co uważać? Czego się wystrzegać??? Zaczynam od nowa. A dzieki Tobie, uchroniłam się może przed największym moim błędem. Czas pokaże. Dziękuję ci że jesteś. Cyt. Szereg dni kiedy nic się nie udaje wszystko jest bez sensu albo niemożliwe. Nagle budzisz się rano i swiat wyglada już jak trzeba. Jakby aniołowie ustawili go od nowa specjalnie dla ciebie. .. p/s nie masz jakichs tam powiązań z tymi skrzydlatymi na górze? Dajesz mi mnóstwo wiary w to co się dzieje. kruszka
|
pozdrowienia z Libanu
|
W gościnie u pustelników W gościnie u pustelników
Krzysztof Umiński 29-05-2006, gazeta.pl - turystyka
Nie mam zasięgu w telefonie, zdejmuję z ręki zegarek. Nie będzie potrzebny, czas przetrwał tu w formie sprzed epoki tarczy i wskazówek
Ta podróż zaczęła się od miast - Aleppo i Damaszku. Syryjskie ulice od pierwszych chwil atakują zmysły, zwłaszcza węch i słuch. Zgiełk klaksonów używanych w każdym celu - od powitania po inwektywę - miesza się ze śpiewem (ściślej: czytaniem) muezinów, arabskim popem ze sklepów muzycznych, jazgotem przekupniów i stukotem szewskich młotków na rzemieślniczej ulicy. Zapach mydła z oliwy przenika się z wonią przypraw o nieznanych nazwach, ziaren kawy, tytoniu, świeżego drewna, korzeni, perfum i kadzideł. Z naklejek na samochodach, ze sklepowych witryn i plakatów patrzą niebieskie oczy nieżyjącego dyktatora Hafeza al Assada i jego łagodniejszego syna, obecnego prezydenta Baszira. Wrześniowe słońce oślepia, spowalniając myśli i gesty.
Po tygodniu damasceński zgiełk staje się uciążliwy, więc usłyszawszy o pustynnym klasztorze Mar Musa, postanawiamy zostawić miasto i ruszyć w poszukiwaniu zagubionej ciszy.
***
Z peryferyjnego dworca mikrobusowego w Damaszku jedziemy do miasteczka an Nabk (80 km na północ). Tam wysiadają wszyscy pasażerowie. Za dodatkową opłatą kierowca zgadza się zabrać nas tak daleko, jak tylko można dojechać w kierunku klasztoru. Po piętnastu minutach jesteśmy na miejscu. Od nagrzanego asfaltu bije żar, powietrze drży w słońcu. Za plecami mamy pustynię, przed sobą góry. Kilkaset metrów wyżej widać przyklejone do kamiennych zboczy budynki klasztoru. Zarzucamy plecaki i wstępujemy na wykute w skale schody.
Według danych archeologicznych Deir Mar Musa ("deir" znaczy po arabsku "klasztor") powstał w połowie VI w., zaś - jak wynika z napisów wyrytych na murze - obecny kościół wzniesiono w 450 roku kalendarza muzułmańskiego (księżycowego, liczonego od hidżry, czyli ucieczki Mahometa z Mekki do Medyny w 622 r. n.e.), czyli w 1058 r. po Chrystusie.
Istotnie klasztor przywodzi na myśl średniowiecze i wydaje się, że zza załomu skały lada moment wyłoni się szczupła postać Wilhelma z Baskerville. Na zadaszonym tarasie witają nas jednak ubrani w dżinsy młodzi Arabowie i Francuzka Tiphaine, która przyjechała dwa dni temu i zostaje na pół roku. Proponuje, że oprowadzi nas po kaplicy i opowie o dziejach wspólnoty.
W połowie XIX w. mnisi porzucili klasztor. Odtąd stał niezamieszkany. W 1982 r. do Deir Mar Musa przybył jezuita Paolo Dall'Oglio, który stworzył koncepcję odbudowy miejsca w oparciu o trzy wartości: modlitwę, pracę fizyczną i gościnność. Dwa lata później rozpoczęły się letnie obozy religijne, podczas których uczestnicy restaurowali kościół; w 1991 r. mnisi i mniszki na nowo osiedli w klasztorze.
Deir Mar Musa zajmuje szczególne miejsce na mapie współczesnego ekumenizmu. Żyją tu razem pustelnicy obojga płci należący do trzech Kościołów: rzymskokatolickiego, katolickiego syryjskiego i grecko-prawosławnego. Towarzyszą im wolontariusze, głównie z Europy i Bliskiego Wschodu, którzy (tak jak Tiphaine) chcą rozwijać się duchowo, pracując we wspólnocie. Zgodnie z zasadą sformułowaną przez księdza Paolo przyjmuje się gości reprezentujących różne wyznania, a także agnostyków i ateistów. Warunki pobytu to zachowanie ciszy (choć nie wymaga się bezwzględnego milczenia) i udział w pracach, np. w kuchni lub przy budowie.
Po wizycie w kaplicy idziemy do oficyny dla gości. Z położonego przed nią tarasu rozciąga się widok na pustynię. Wokoło cisza, skały i piasek. Nie mam zasięgu w telefonie, zdejmuję z ręki zegarek. Nie będzie potrzebny, czas przetrwał tu w formie sprzed epoki tarczy i wskazówek.
***
Jest 14 września. Dobrze trafiliśmy - tego dnia w Kościołach wschodnich obchodzi się Święto Podwyższenia Krzyża Świętego upamiętniające odnalezienie relikwii krzyża (w Kościele zachodnim posługującym się kalendarzem gregoriańskim uroczystość ta przypada trzynaście dni później). Według tradycji krzyż znalazła w 326 r. św. Helena, matka cesarza Konstantyna Wielkiego. Powiada się, że by przekazać radosną wieść, rozpalono wówczas ognie na wzgórzach od Jerozolimy do Rzymu. Dziś mnisi powtarzają ten gest.
Kiedy zapada zmrok, wspinamy się w górę doliny. Tam czeka już drewniany krzyż obłożony stosem gotowym do podpalenia. Siadamy na głazach i kapłan czyta coś po arabsku. Potem zebrani zaczynają śpiewać, głosy odbijają się od ścian wąwozu. Nad nami niebo, gwiazdy, połówka księżyca. Ciemności skrywają szczegóły otoczenia, nie widzę ubrań i twarzy pozostałych. Arabski brzmi obco, nie trzeba więc nawet zamykać oczu, by wyobrazić sobie, że cofnęliśmy się o kilkanaście wieków, w czasy pierwszych zgromadzeń monastycznych. Śpiew kończy się i zapada milczenie, czas medytacji. Nie wiem, jak długo siedzimy. Godzinę? Półtorej? Wreszcie Arabowie podpalają stos i polewają ogień benzyną. Krzyż płonie. Dziwny widok, kojarzy się raczej z obrzędami Ku-Klux-Klanu pokazywanymi w amerykańskich filmach. Znów zaczynają śpiewać, potem opowiadają, czym jest dla nich krzyż. Odzywa się też chudy Belg, który przybył parę godzin wcześniej: - Wciąż nie wiem, czemu palimy krzyż, ale mam nadzieję, że wszystkie konflikty i nieporozumienia między kulturami spłoną w tym ogniu.
Po skończonym obrzędzie zbieramy się na kolacji. Siadam koło Belga. Ma na imię Sebastien, pochodzi z Gandawy. W Wielkanoc 2005 r. wyruszył ze swojego miasta do Jerozolimy na samotną pielgrzymkę w intencji pokoju między religiami. Od tego czasu pokonał grubo ponad 5 tys. kilometrów (zużył dwie pary butów), przemierzywszy Niemcy, Austrię, Węgry, Chorwację, Serbię, Rumunię, Bułgarię, Turcję, Syrię. Przed nim Jordania i oczekiwany Izrael. Po drodze spotyka ludzi różnych kultur i różnych wyznań, poznaje ich i siebie. Mówi, że marsz to komunikacja. Że droga biegnie horyzontalnie (trasa) i wertykalnie (doświadczenie wewnętrzne), a te przecinające się ścieżki tworzą krzyż. Słucham z uwagą, a gdy Sebastien proponuje wspólny marsz do odległej o niespełna 50 km Maaluli, zgadzam się od razu.
***
Następny dzień spędzamy w dolinie, nosząc kamienie na budowę, czytając, spotykając się na posiłkach. A potem nadchodzi czas wymarszu. Dziękuję mnichom za gościnę i na pożegnanie wręczam im "Jadąc do Babadag" Andrzeja Stasiuka, niech trafi do klasztornej biblioteki (jeszcze nie wiem, że za miesiąc książka dostanie nagrodę Nike).
Pora ruszać - w górze słońce, przed nami wąska ścieżka.
|
Izraelski mur uderza w chrzescijan... :(
|
Izraelski mur uderza w chrzescijan... :(
Jerozolima - Dla Helmuta, dozorcy w hospicjum Matki Boskiej Bolesnej „słońce wstaje teraz o 11”. Dopiero o tej godzinie wznosi się ponad ośmiometrowy mur, który Izraelczycy postawili po drugiej stronie ulicy, na przeciwko bramy religijnej instytucji, położonej we wschodniej części miasta, po drugiej stronie Góry Oliwnej.
Ze swego biura siostra Marie-Dominique Croyal widzi tylko gigantyczne bloki betonu. I ani mściwe, ani humorystyczne napisy na tej ścianie nie wywołują jej uśmiechu (np. „Od getta w Warszawie do getta w Abu Dis”; „Budujcie miłość nie mury”; „Mur wojny + wstyd = ściana płaczu”). Według przełożonej hospicjum „ten mur to katastrofa, bo rodziny jej pięćdziesięciu wiekowych palestyńskich pensjonariuszy mieszkają po drugiej stronie, tak jak i pracownicy. Niektórzy nie mają przepustek, więc nie mogą pracować”.
Koszmar zaczął się 11 stycznia. Bez żadnego uprzedzenia przyjechały nagle wielkie maszyny budowlane, żeby zbudować to, co Palestyńczycy nazywają „murem apartheidu”. Zbudowano długi odcinek i ,jak mówi siostra Marie-Dominique, „nie można już robić zakupów w Betanii, Palestyńczycy przechodzą więc przez naszą posiadłość by dojść do Jerozolimy. Wtedy gonią ich izraelscy żołnierze i wpadają tu żeby wystrzelić granaty z gazem łzawiącym. Ludzie są wyłapywani, a my możemy tylko zamknąć oczy. Życie jest już dla nich tak trudne, tak niemożliwe. Ciągle ich upokarzają. Ustawiają ich pod murem zmuszając do patrzenia w słońce. Każą im zdejmować ubrania, żeby na ich oczach czyścić nimi opancerzone dżipy, potem rzucają je im pod nogi. I nic nie można zrobić, nic. Nikt nam niczego nie mówi. Nie wiemy czy zrobią furtkę w murze. To jasne: chcą zahamować wszelką możliwość poruszania się, chcą po prostu opróżnić Wschodnią Jerozolimę.”
Siostra Marie-Dominique jest oburzona i zastanawia się jak będzie działać jej hospicjum kiedy budowa muru zostanie zakończona. Po drugiej stronie nie ma ani jednej przychodni ni szpitala. Na razie na wzgórzach widać tylko kawałki powstającej ściany, ale życie mieszkańców i komunikacja są już kompletnie zdezorganizowane. Trzeba chodzić pieszo kilometrami, żeby te przeszkody okrążyć. Ci, którzy mieli domy na wzgórzach, zostali z nich wyrzuceni.
Ten wschodnio-jerozolimski mur połączy się w końcu z murem zbudowanym wokół Betlejem by, według oficjalnej wersji, zapewnić bezpieczeństwo Izraelczykom. Ale u stóp Góry Oliwnej, na jej wschodnim stoku, trasa muru przebiegnie przez liczne, stare religijne posiadłości. Teren hospicjum Matki Boskiej Bolesnej pozostał w całości, ale tereny innych instytucji należących do chrześcijańskich zakonów, do braci franciszkanów, prawosławnych, sióstr miłosierdzia itd., wszystkie zostały częściami pozajmowane pod przyszły mur, który ojciec Claudio Ghilardi nazywa „ścianą wstydu”.
Ojciec Ghilardi prowadzący ośrodek pomocowy dla najbiedniejszych rodzin opowiada noc świętego Mikołaja, 6 grudnia 2003, kiedy nagle, bez żadnego ostrzeżenia, opancerzone buldożery zrównały z ziemią kamienne ogrodzenie ich kościółka. „To pogwałcenie konkordatu między Watykanem i Izraelem, jak też elementarnej zasady szacunku dla miejsc świętych”. Nic się od tamtej pory nie zmieniło, tyle, że nuncjusz papieski, arcybiskup Pietro Sambi oficjalnie protestował i złożył skargę.
„Widzi pan tam tę szkołę sióstr z Nigrizii, zostanie od nas oddzielona” – denerwuje się ojciec Ghilardi. „Nasza społeczność jest rozcięta na pół. Na dodatek ten teren jest strefą archeologiczną. Jest tu siedemnaście starożytnych zbiorników na wodę i groby pierwszych chrześcijan. Proszę spojrzeć, cztery zostały już całkiem odkryte. Niszczenie tego to przestępstwo przeciw ludzkości. Pokazuje kawałki odnalezionych naczyń z gliny, resztki muru z czasów sięgających Jerycho, słup graniczny zbudowany za czasów obecności brytyjskiej. „Na dodatek Izraelczycy zarzucają nam, że pozwalamy przechodzić Palestyńczykom przez nasze podwórko. To nielogiczne i skandaliczne, bo wzbrania się im prawa do ochrony zdrowia, do nauki i do modlitwy w naszych kościołach. Dwa tysiące wiernych mieszka odtąd po drugiej stronie muru.”
Youssef Radouane mieszka nieco niżej. Jego dom jest faktycznie przyklejony do izraelskiego posterunku. Izraelczycy zamknęli drogę zostawiając jedyne przejście szerokości 45 centymetrów dla posiadających przepustki. Teraz żeby dojechać samochodem do Jerozolimy trzeba zrobić dodatkowe 17 kilometrów, choć jest pod samym nosem. U sióstr miłosierdzia od św. Wincentego a Paulo cały tył terenu jest odgrodzony przez mur. „Ale co możemy zrobić? Po prostu zamykamy oczy patrząc przez okno, mówi przełożona siostra Józefina. „Kiedyś ten mur zniknie. Dobry Bóg nie pozwoli na coś takiego. Nie można już wytrzymać tego nieszczęścia naokoło. W końcu Szaron odejdzie. Wtedy będą sprzedawać kawałki muru na pamiątkę, jak w Berlinie.”
Siostra Loudy opłakuje swój ogród, swoje zniszczone drzewa cytrynowe, drzewa oliwne wyrwane z korzeniami przez wielkie maszyny, by zrobić miejsce dla zakurzonego pasa ziemi i muru, który zasłania niebo. „Mówili nam, że wybiją w nim furtkę, ale kto będzie miał klucz, kogo o niego prosić żeby dojść do naszego sadu figowego po drugiej stronie?”. Siostry kierują sierocińcem i organizują wakacyjne kolonie dla małych Palestyńczyków. Zastanawiają się co teraz będzie, bo rodziny podopiecznych i pracownicy również zostali po drugiej stronie muru.
Franciszkanom, mówi ojciec Rocardo, Izraelczycy skonfiskowali jeden hektar. Trochę mniej prawosławnym, ale z powodu szarego muru bezpowrotnie stracili widok , który poprzez judejską pustynię rozciągał się aż do Morza Martwego. „Proszę pamiętać, że Bliski Wschód to ziemia niespodzianek – mówi ojciec Innocenty – więc ten mur, jak wszystkie mury, musi runąć”. Jednak póki co jego budowa postępuje wielkimi krokami.
Michel Bole-Richard Le Monde 30/04/2004
|
ZAMYŚLENIA... ZADUMANIA
|
A to znacie?? "Na wieży furgotał blaszany kogucik na drugiej - zegar nucił. Mur fal i chmur popękał w złote okienka: gwiazdy, lampy.
Lublin nad łąką przysiadł. Sam był - i cisza.
Dokoła pagórków koła, dymiąca czarnoziemu połać.
Mgły nad sadami czarnemi. Znad łąki mgły. Zamknęły się oczy ziemi powiekami z mgły.
We mgle nie słychać kroków, które zbliżają wędrowca. Ku miastu rodzinnemu. Ścieżyny polne pęcznieją,nabrzmiewają w drogi, a te znów rozlewają się szeroko wśród falistych pól. Szosą się toczy. Zrywający się wiatr szumi w kłosach. Północ niedaleko, a jeszcze, ktoś wodę ze studni ciągnie. Żuraw słychać. Jeszcze wiejsko tu. Jeszcze wiejsko. Księżyc goni wśród chmur. Mgła rzednie. Wędrowcze, oto już kręte uliczki starego przedmieścia, Wieniawy. Dawniej, gdy winnice opinały te wzgórza, nazywano je: Winiawa. Idąc dziś między cieniami ruder i zapadłych w ziemię domostw myślisz, wędrowcze, o tym tylko, że miasto kochane już cię ogarnia i tuli.
Ciemniej. Pagóry, zagaje, podłęża nie sypią się wiankami na oczy. Ciemniej. Z nieb czeluści otwartej na ścieżaj biegną ciche niedźwiedzie nocy.
Nad ulicami, rzędem, czarne, kosmate, będą się tarzać po domach do chwili, gdy księżyc wybuchnie zza chmur, jak krater. Świat ku światłu przechyli.
Blachy dachów dudnią bębnem. W dół, w górę, nierówno się kładzie perłowy lampas: w prostopadłej gromadzie przedmieścia lampy.
Przeciw niedźwiedziom to mało! Gną się, kucają domki, zajazdy, bożnice pod mroku cichego łapą. Ach! Trzasnęłyby niskie pułapy!... ... ale już zajaśniało. Pejzaż: Wieniawa z księżycem.
Wędrowcze, masz towarzysza. Księżyc w pełni, serbrny, daleki pójdzie odtąd za twoimi krokami. Powiedzie cię do miasta umarłych, gdzie twoi bliscy leżą po głazami i darnią. Osrebrzy ci stare kamienice w rynku, widma ukaże w kościele na Zamku, wreszcie znowu cię w pola wywiedzie przez ulicę Szeroką, przez Kalinowszczyznę i Czwartek. To jest księżyc, towarzysz. Niech sobie poeci mówią: tarcza, gołąb, srebrny, korab nadziemski. Dla ciebie to jest po prostu księżyc. Może nawet księżyc z Twardowskim, może ze Świętym Jerzym. Bo przecież świecił taki sam nad ulicą, gdy matka opowiadała ośmioletniemu: Święty Jerzy tam ze smokiem walczy. Bo przecież to tu było w tym mieście, do którego wracasz, jak syn marnotrawny. Wiatr, znowu wiatr się podrywa. Obaj, on i księżyc, ku cmentarzowi idą. Do ojców. A wiatr głosy jakieś przynosi od wieżyc miasta.
Zegary, twarze nocy niewesołe, hasło podaj: pół - noc, pół - noc... Dołem place konopne, lniane, ulice - długie mroku czółna, lamp łańcuchami spętane.
U krańca Lublina czworokąt czarny Szumem poemat wiatrów skanduje. Klony, brzeziny, kasztany, tuje obsiadły wyspę umarłych.
Aleje głuche mamrocą nocą, jak rynny. Blask blady gwiazdy samotnej opiera się o cień, o bluszcz, żałobny barwinek, paprocie.
Krzyże z marmuru, anioły brązowe srogo stanęły na piersiach trumien.
Pieje kogut.
Napisy z bramy cmentarza w pamięci zakarbuj, zatnij: "Oto teraz w prochu zasnę - z prochu wstanę w dzień ostatni"...
Napojony smutkiem, zamyślony i o świecie niewiedzący idzie wędrowiec miastem. A ono głuche. W głównej ulicy tu i ówdzie rozmowa spóźnionych przechodniów, tu i ówdzie brama zamykana trzaśnie. Kroki jego spadają na kamienny bruk, mechaniczne, nieważne. A przecież idzie wśród dobrze mu znanych murów. W blasku latarni wzrok zadumanego mógłby odczytywać napisy na sklepach. W tym, narożnym, kupiono mu trąbkę dziecinną, gdy był maleńki. Przy tamtym żegnał się z matką i siostrą, wyruszając na front. A oto i dom, w którym przeżył chwile najłagodniejsze. Na drugim piętrze okno jest otwarte. Ktoś na pianinie gra. A teraz ciemność. To nie księżyc skrył się w obłokach. To ogarnął cię, wędrowcze, mrok Bramy Krakowskiej. Zbudź się, zbudź, patrz dookoła! Za chwilę wejdziesz na rynek
Kamienie, kamienice, ściany ciemne, pochyłe. Księżyc po stromym dachu toczy się, jak nisko. Zaczekaj. Zaczekajmy chwilę - jak perła wypadnie w rynku miskę - miska zabrzęknie.
W płowej nocy, po kątach nisz głębokich po bram futrynach i okien załamany, bez mocy, cień fiołkowy uklęknie.
Gwiazdy żółte, które lipcowy żar ściął, lecą - kurzawą - lecą, firmament w złote smugi marszczą, za Trybunałem na ślepych szybach świecą cichym wystrzałem.
Noc letnia czeka cierpliwie, czy księżyc spłynie, zabrzęknie, czy zejdzie ulicą Grodzką w dół. On się srebrliwie rozpływa w rosie porannej, w zapachu ziół. Jak pięknie!
No, do ranka jeszcze daleko, choć w lipcu świty są tak wcześnie. Możesz jeszcze długo tu stać i chłonąć nocne uroki. Rynek. Tu dom Acerna, tu kamienica Sobieskich. A ot i narożnik ze lwami z kamienia. Tu chodziłeś do szkoły. Pamiętasz, bo jakże by nie pamięta! Toż to tu właśnie, a nie gdzie indziej przeżyłeś pierwszą chwilę poezji, wieczorem słuchając starego miasta. Zamień wspomnienie w wiersz. Same pojęcia: wspomnienie i poezja są sobie bardziej bliskie."
Oto wiersz: Niebo odmienia się, choć wieczór nie ścichł, wiatr jeszcze szepce, nim uśnie. Niebo fioletem szeleści. Wiatr - już nie wiatr - uśmiech.
Z ulicy Dominikańskiej śpiew chóru, dziewczęta chwalą Marię, Z Archidiakońskiej do wtóru samotnych skrzypiec arie.
Domów muzyczne milczenie złączone z tęczy łukiem na czoło kościoła promieniem opada, jak pukiel.
A teraz ktoś ciszę napiął, bije w nią pięścią ze spiżu. Dzwon wieczorny mocą metalu kapiąc zaczyna grać pod kościelnym krzyżem:
raz - i dwa - i trzy
|
so sprowadza panią Elę do Suchej?
|
Polskie ślady w Teksasie W jesienny wieczór przy świecy możecie przeczytać moją opowieśc. Zachowajcie ją dla swoich dzieci i wnuków.
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Teksanska epopeja
Będzie to historia jednego życia wplątana w losy dwóch narodów.
Michał Dembiński urodził się 20 września 1800 roku w Jedwabnie kolo Gronowa pod zaborami, w byłych Prusach Zachodnich. Pochodził z polskiej, patriotycznej rodziny. Jego dziadek, walcząc za czasów Napoleona, za swoje zasługi otrzymał wieś Wielk¹ą Ląkę na Pomorzu. Młody Michał w 1834 roku znalazł się w Warszawie i zapisał się tam do tajnego towarzystwa patriotycznego. Kiedy wybuchło powstanie 1830 roku, stanął pod bronią wraz z bratem Wawrzyñcem. Powstanie Listopadowe upadło. Nasz bohater został uwięziony w twierdzy Grudziądz, gdzie odwiedzali członkowie rodziny, rodzice i rodzeństwo. Uwolniony został zmuszony do opuszczenia Kraju. W pazdzierniku 1831 przekroczył granicę pruską, udając się do Francji. Po kilku latach pobytu, 9 kwietnia pożegnał gościnny dla Polaków kraj i z Marsylii, z tysiącem polskich tułaczy udał się na dalsze wygnanie. Pierwsze miesiące w Ameryce były dla wielu bardzo trudne, mimo szczerej pomocy Amerykanów, a był między nimi również pisarz Cooper, autor "Prerii" i " Ostatniego Mohikanina". Na hasło rzucone przez generała Sam Houston 25 polskich oficerów- powstańców zimą 1835 roku pod wodzą pułkownika James Walker Fannin podążyło do Teksasu, by nieść pomoc jego mieszkańcom w nadciągającej wojnie z Meksykiem. Punktem zbornym był fort w Refugio - Teksas- , gdzie generał Houston wygłosił podnios³ą odezwę do licznych żołnierzy, którzy pochodzili z różnych stron świata. Podzieleni na kilka oddziałów udali się w różnych kierunkach. Część z nich broniła i poległa w ALAMO. Czterech Polaków - Franciszek i Adolf Pietrusiewicz, Jan Kortycki oraz Michał Dembiński zostali przydzieleni 28 stycznia 1836 do artylerii. Wszyscy czterej, przygotowując siê na atak zbliżającej się dwutysięcznej armii meksykańskiego generała Santa Anna, odbudowali i umocnili fort La Bahia w małym miasteczku Goliad. Zapadła w końcu decyzja opuszczenia fortu. Oddział liczący 500 żołnierzy wyruszył w prerię. Mogli uczynić to niepostrzeżenie, sprzyjała im mgła. Wieczorem w pobliżu Coleto dochodzi do zaciekłej bitwy. Ginie kapitan artylerii Franciszek Pietrusiewicz. Przewaga Meksykanów jest zbyt duża i dochodzi do zawieszenia broni. Michał Dembiński, wraz z 400 wziętymi do niewoli, zostaje przetransportowany do fortu na samotnym wzgórzu, La Bahia. Ranni zostają umieszczeni w małym kościółku w obrębie fortu. Jest tak ciasno, że z trudem mogą stać. Głodni, pozbawieni opieki lekarskiej, nawet wody, cierpią katusze. Po dwóch tygodniah dowódca armii meksykańskiej Santa Anna przesyła rozkaz, któremu generał Portilla poddaje się. Obiecano wprawdzie więzionym wolność, ale Santa Anna nie ma zamiaru dotrzymać słowa. 27 marca uwięzieni zostają podzieleni na cztery oddziały i każdy z nich udaje się w przeciwnym kierunku. Wszyscy są przekonani, że prowadzi ich droga do domu. Pokonują kilka mil, kiedy nagle pada rozkaz - stój! - Meksykańscy żołnierze ustawiają się w pozycji bojowej i oddają pierwsze strzały. Panika, rozpacz, śmiertelny krzyk. Osłabieni dwutygodniowym więzieniem Teksańczycy, nie mają siły bronić się. Następuje masakra. Prawie wszyscy giną. Udało się zbiec 60. W tym czasie w forcie, w tę słynną w historii Teksasu Niedzielę Palmową, wyprowadzają na plac skazań pułkownika Fannina, zawiązyją mu oczy, choć przyrzekano mu, że oszczędzą jego godność i nie zrobią tego, odbierają rzeczy osobiste, zegarek, który miał być oddany jego żonie. Chwiejny w swoj decyzjach, młody 32-letni pułkownik Fannin, oddaje swe życie za Teksas. Pozostali ranni zostają rozstrzelani zaraz po nim. Wsród nich tracą życie polscy oficerowie, z nimi nasz Michał Dembiński. Podobnie jak w Alamo, ich ciała palone są na stosie, pozostawione własnemu losowi. Potem wilki roznoszą ich kości po prerii. Z palca Michała Dembińskiego meksykañski żołnierz po jego śmierci zdjął rodowy pierścień. Udaje się go odzyskać po zwycięskiej bitwie pod Jacinto, podaczas której zasłużył się polski oficer Wardziński, biorąc w niewolę samego generała Santa Anna. Nieliczne książki historyczne wspominają Polaków. Jedna z nich to " The Polish Texans" ( "Polscy Teksańczycy") została napisana przez T.Linsay Baker w 1082. Piękną nowelę, opisującą tamte dramatyczne dzieje, stworzyła Elizabeth Crook, z pochodzenia Polka, zamieszkała w Austin w Teksasie - "Promised Land" ("Ziemia Obiecana") w 1994 roku. Każdego roku odbywają się w Goliad obchody upamiętniające masakrę w Goliad. Dwukrotnie uczestniczyłam w nich i miałam okazję złożyć biało - czerwone kwiaty pod pomnikiem, na którym widnieją polskie nazwiska. W tym maleńkim miasteczku na południu Teksasu są ślady polskie. W zrekonstruowanym kościółku znalezć można w nawie bocznej przy wejściu obraz Matki Boskiej Czestochowskiej, narodową flagę polską i flagę powstańców, na której widnieje napis " ZA WOLNOSC WASZA I NASZA - WOYSKO POLSKIE 1830". Naoczni świadkowie, uratowani z masakry w Goliad, w swoich zapiska wspominają, że było wśród nich " four tall Poles". Nazwisko Michała Dembińskiego pojawia się w kilka miesięcy po egzekucji 27 marca jesienią 1836 roku w gazecie teksańskiej "TELEGRAPH", w pracy historycznej Mirabeau Buonaparte Lamar, uczestnika wojny teksańskiej i jego towarzysza broni, Duvala. Powstaje Republika Teksau, kraj nie połączony jeszcze z Ameryką. Na fladze widnieje do dziś " Samotna Gwiazda" - LONE STAR. W piętnaście lat po pamiętnych wydarzeniach Rząd Teksasu nadał spadkobiercom tych, którzy zginęli w Alamo i Goliad liczne ziemie. Spadkobiercy Michała Dembińskiego otrzymali w hrabstwie Witchita, Dimmitt, Titus i Donley. Na dwóch działkach wytrysła nafta, ale o tym w następnym odcinku "Tryptyku".
Remember Alamo - Remember Goliad
My pamiętajmy, że i tam byli Polacy.
Elżbieta Gawlas
Toronto 8 pazdziernik 2003
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
Piersza część "Tryptyku" ukazała się w miesięczniku " Infonurt " w numerze pażdziernikowym pod tytułem " Sierpniowe wspomnienia". Możecie je znależć na portalu zaprasza.net str.10
|
A przecież tam leżą nasi sąsiedzi !!!!!!!!!!!!!!!
|
A przecież tam leżą nasi sąsiedzi !!!!!!!!!!!!!!! Żołnierze Cahalu porządkowali miejsce pamięci 16-06-2006
150 oficerów armii izraelskiej z grabiami i szczotkami porządkowało w zeszłym tygodniu otoczenie pomnika ofiar Holocaustu w Grabówce pod Wieliczką. - Czułam wstyd, kiedy ci żołnierze sprzątali cmentarz - przyznaje Magdalena Czuja z wielickiego starostwa.
Wiekowy kirkut leży w miejscowości Grabówki opodal dawnej dzielnicy Żydów wielickich Klasno. Z Wieliczki wiedzie tutaj gruntowa droga. Żadnych tabliczek informacyjnych, drogowskazów. Dojście do mogił pokazują miejscowi. Przez pół wieku na cmentarnym wzgórzu wyrósł okazały las. Splątane zarośla kryją resztki zabytkowych macew, których nie wywieźli Niemcy, a potem nie rozbili i nie rozkradli okoliczni wandale. Wszędzie puste butelki, puszki po piwie, papiery, na niektórych nagrobkach antysemickie rysunki i napisy.
- Przed wojną to było piękne miejsce. Zadbane alejki, równo przycięta trawa, marmurowe nagrobki. Ogrodzenie z kamiennych łupków miało metr wysokości - wspomina 73-letni Zbigniew Gazek, emerytowany pracownik pobliskiej kopalni soli. Jego pole graniczy z kirkutem. Przyjezdni coraz częściej pytają o drogę. Większość to obcokrajowcy podążający żydowskimi śladami po Polsce.
- Człowiek teraz świeci oczami, że tak zaniedbaliśmy cmentarz, a przecież tam leżą nasi sąsiedzi - narzeka starszy mężczyzna.
Granitowy obelisk ku czci pomordowanych postawiło po wojnie kilku ocalałych wielickich Żydów. Katz, Zellner, Goldman, Kichler, Sznur - uwiecznili na postumencie nazwiska zabitych krewniaków. Póki żyli, dbali o otoczeniem. Potem pomnik poszedł w zapomnienie. Nieznane ręce dały radę nawet stalowym rurom w ogrodzeniu. Ktoś uszkodził kamienne gwiazdy Dawida na obelisku i skuł wyraz "polskich" w napisie: "Pamięci ponad tysiąca Żydów polskich zamordowanych w Wieliczce przez oprawców hitlerowskich w latach 1939-42".
- Najbardziej martwi nie to, że jacyś chuligani zdewastowali ten cmentarz, ale to, że nikt dotąd nic nie zrobił, żeby odnowić pomnik. Jakby tutaj nie pochowano obywateli Polski - mówi Adam Aptowicz, 73-letni emerytowany ekonomista z Izraela. Z pochodzenia krakowianin, niemal całą rodzinę stracił podczas wojny. Od dwóch lata - z ramienia Towarzystwa Przyjaźni Izrael- Polska - odwiedza lokalne władze w Małopolsce. Upomina się, by dbały także o miejsca żydowskiej kaźni.
- W Baczkowie na skraju Puszczy Niepołomickiej też stał zaniedbany pomnik ofiar Holocaustu. Władze gminy Bochnia potrafiły uporządkować ten teren, pomnikiem zaopiekowała się miejscowa szkoła - dodaje z żalem Aptowicz.
Wiceburmistrz Wieliczki Tadeusz Korczak ubolewa nad stanem żydowskiego cmentarza. Nic jednak - jak twierdzi - nie może zrobić. Powód? Nieuregulowana kwestia własności nekropolii. Bezczynność tak samo tłumaczy starosta wielicki Adam Kociołek, w którego zarządzie znajduje się kirkut z pomnikiem.
Nieoczekiwanie w zeszłym tygodniu gmina i powiat wysłały jednak kilku pracowników, aby wykosili chaszcze wokół pomnika. Skąd taka nagła zmiana? Okazało się, że grupa oficerów izraelskich przyjedzie oddać hołd ofiarom Holocaustu w Wieliczce. Ku zaskoczeniu gospodarzy 150 żołnierzy z łopatami, grabiami i szczotkami wzięło się za sprzątanie. Na czele z gen. Avi Ashkenazi czyścili i stawiali przewrócone macewy. Odjeżdżając, dowódca zapowiedział kolejne grupy wojskowych z Izraela, które przyjadą porządkować cmentarz. Prosił, by władze lokalne także dbały o żydowskie groby.
- Czułam wstyd, kiedy ci żołnierze sprzątali cmentarz - przyznaje Magdalena Czuja z wielickiego starostwa. Od niedawna odpowiada za promocję i współpracę międzynarodową powiatu ("zdewastowany cmentarz z pewnością nie przynosi chluby mieszkańcom"). Chce nadrobić półwieczne zaniedbania, nie czekając na uregulowanie własności. Dzień po żołnierskiej wizycie spotkała się z Tadeuszem Jakubowiczem, przewodniczącym krakowskiej gminy żydowskiej, i Adamem Aptowiczem. Wstępnie uzgodnili, że razem opracują plan renowacji cmentarza.
- Nasza gmina liczy zaledwie 200 osób. Sami nie jesteśmy w stanie wszystkiego zrobić - mówi Jakubowicz. Część jego rodziny także zginęła w Wieliczce. Po odzyskaniu terenu chciałaby uporządkować kirkut, a z ocalałych macew stworzyć lapidarium jak na innych odnowionych cmentarzach żydowskich w Małopolsce.
Na razie pierwsze pieniądze na renowację i oznakowanie dojścia znalazł na własną rękę Aptowicz. Wpłaty - jak zapewnia - zadeklarowała kopalnia soli w Wieliczce i krakowska fabryka kabli, w której stryj Aptowicza był jednym z pierwszych pracowników. Starostwo chce wystąpić do Ministerstwa Spraw Zagranicznych o środki ze specjalnego funduszu Unii Europejskiej na upamiętnienie ofiar Holocaustu. Przygotowuje też projekt współpracy młodzieżowej polsko-izraelsko-niemieckiej, której elementem byłaby wspólna opieka nad miejscem żydowskiej kaźni. Co z tego wyjdzie, za wcześnie przewidywać. - Jak własność zostanie uregulowana i powstanie plan konserwatorski, to nasze miasto też się dołoży - deklaruje wiceburmistrz Korczak. Na razie starosta zobowiązał się, że co miesiąc wyśle pracowników, aby wykosili i posprzątali teren wokół pomnika.
- Trzeba tylko trochę dobrej woli. Skoro pod Bochnią potrafili odnowić miejsce pamięci, to i w Wieliczce można to zrobić. Przecież nikt nikogo nie ukarze za to, że dba o pamięć o pomordowanych mieszkańcach - zauważa Aptowicz.
(za Gazetą Wyborczą) FŻP...
|
Pijane Westerplatte nie przejdzie
|
podwieszoną na żerdziach odzież wojskową i wydostawały się na zewnątrz przez otwory przelotowe, wykonane gęsto w dachu. Odzież przywożono co kilka dni ciężarówką z okolic Czechowic. Szopa stała się też miejscem codziennych odwiedzin biegających wokół domu dzieci, gdyż sposób ustawienia i zabudowania poręczy oraz żerdzi wewnątrz niej kusił i zachęcał do uprawiania po nich wspinaczki. Przy wykonywaniu niektórych prac, my, dzieci, braliśmy również udział, za co w nagrodę dostawaliśmy od ruskich po kawałku chleba. Po tej samej drodze, biegnącej tuż koło naszego domu, w kierunku na Landek, przejeżdżały często i inne samochody ciężarowe. Były one zaplandekowane i konwojowane przez wojskowych - z przodu zawsze jechał łazik, a z tyłu zamykali kolumnę żołnierze uzbrojeni w pepeszki, jadący najczęściej motocyklem z przyczepą. Konwój ten zatrzymywał się na drodze niedaleko naszego domu, w odległości nie więcej niż 100-150 m w kierunku na Landek, gdzie w miejscu jego postoju czekała już grupa uzbrojonych ruskich. Tyle, co mogliśmy zobaczyć przez prześwitujące drzewa rosnące przy drodze i zaciemniające widok. Zbliżanie się do tego miejsca było surowo zakazane. Przychodzący stamtąd codziennie do nas ruscy nosili założone na rękawie czerwone opaski z umieszczonym na nich napisem koloru czarnego. Wzbudzali oni wśród "naszych" ruskich widoczny niepokój. Starali się ich unikać. Nam też kazali to czynić. Prawie codziennie, gdy krzątaliśmy się wraz z nimi przy szopie, systematycznie z kierunku od tego miejsca dochodziły do nas odgłosy pojedynczych strzałów, słyszane w odstępach czasowych od kilka do kilkunastu minut. „Nasi” ruscy mówili nam, że przebywający tam żołnierze ćwiczą się w strzelaniu. . Głód i biegunki były naszym codziennym utrapieniem. Zjedliśmy już prawie wszystko, nawet pozbierane z pobliskiego pola leżące podgniłe i przemarznięte ziemniaki oraz brukiew- resztki pozostawione tam po ubiegłorocznych wykopkach.
Głód z początku objawia się cierpieniem fizycznym. W tym stadium odczuwany jest silny ból w całym brzuchu, tak jakby w nim wszystko gorzało. Suszy pragnienie, ale popijanie wody sprawia również ból z powodu wystąpienia obrzęku gardła, warg i zwężenia przełyku. Nie przynosi ono ulgi, a pić trzeba, żeby nie odwodnić organizmu. Nie można patrzeć, bo bolą oczy, a chodzenie jest utrudnione i odbywa się ono na chwiejnych nogach. Kłucie w brzuchu jest tak silne, że pozycja kuczna może tylko go złagodzić.
Wreszcie któregoś marcowego dnia-jak dobrze pamiętam, nie było wtedy już na polach śniegu, ale dokuczał jeszcze mróz- ja i starszy ode mnie o 3 lata brat, wybraliśmy się razem do przyfrontowej wsi Iłownica, by znaleźć tam coś do jedzenia. Przed nami do przejścia leżała wieś Landek i gdy ledwo do niej dotarliśmy od razu zatrzymali nas kręcący się tutaj ruscy, potem jednak, po krótkim przesłuchaniu, pozwolili nam iść dalej, więc szliśmy w pośpiechu... w kierunku do linii frontu- tą samą trasą, ale tym razem w przeciwną stronę, gdy nią jeszcze nie tak dawno temu uciekaliśmy uchodząc z życiem pod gęstym ostrzałem kul i detonujących padającymi obok pocisków. Na rozległy, niezabudowany teren, między krzyżówką dróg w Landeku a Iłownicą, którym przyszło nam teraz iść, z rzadka padały wybuchające z niszczycielską siłą pociski. Przejściu temu również towarzyszyły nam docierające z oddali odgłosy pojedynczych strzałów, zagłuszanych czasem terkotem karabinów maszynowych. Bez większych już przeszkód dotarliśmy do centrum wsi. Zatrzymaliśmy się przy miejscowej szkole, a potem wstąpiliśmy do stojącego w pobliżu domu naszej cioci, teraz opustoszałego i ogołoconego, jak wszystkie pozostałe domy stojące opodal. Nigdzie wokół nas żywej duszy nie było. Postanowiliśmy pójść dalej, w kierunku zachodnim, do naszego domu "pod lasem", gdzie- nim go opuściliśmy w nagłym pośpiechu, tuż przed samym nadejściem frontu i pozostawieniu w nim wszystkiego, co do domu się zgromadziło - powinny być worki ze zbożem złożone na strychu, a w piwnicy warzywa. W pół przygięci do ziemi, posuwający się wolno pod górę, dochodzimy tak aż do samego wierzchu niedużego wzgórza, rzadko porośniętego młodymi i niewysokimi choinkami. Stąd do domu "pod lasem" było może niecałe pól kilometra. Oczom naszym, wypatrującym spod uchylonych gałązek choinki, ukazał się przerażający widok: wokół wszystkie dawniej pobudowane i stojące domy oraz zabudowania były teraz bądź wypalone lub spalone, bądź leżały w gruzach. Murowany dom "pod lasem" jeszcze stał, ale świecił wynurzającymi się z jego mocno nadwątlonych ścian i dachu czarnymi oczodołami - dużymi wyrwami powstałymi po trafieniach go pociskami artyleryjskimi. Dookoła okaleczonego domu, walały się zgliszcza- pozostałości po spalonych drewnianych zabudowaniach, a w pobliżu nich sterczały kikuty pogruchotanych drzew owocowych razem z wystającymi od ziemi sztachetami powalonego częściowo drewnianego płotu, ogradzającego niegdyś sad i dom. Niedaleko od miejsca naszej kryjówki, może niecałe 100 m, wyłoniły się, jak na dłoni, na zoranym pociskami polu biegnące zygzakiem ruskie okopy, a dalej pod lasem słabo już widoczne także linie okopów niemieckich. Szybko stamtąd wycofaliśmy się, gdy tylko wzgórze zaczęto ostrzeliwać z karabinu maszynowego. Schodząc chyłkiem z niego i klucząc pośród drzewek, napatoczyliśmy się nagle na wyłaniającego się zza choiny uzbrojonego Rosjanina, podążającego prawdopodobnie do okopów, który na nasz widok stanął jak wryty. W kufajce i papasze na głowie, z wybałuszonymi ze zdziwienia oczami i rozdziawionymi ustami, wyłaniającymi się spod jasnych wąsów, wyglądał może bardziej komicznie niż groźnie. Stał tak jeszcze przez chwilę, a gdy już ochłonął nieco, zaczął podchodzić ostrożnie do nas, trzymając w pogotowiu wycelowany w nas karabin. Coś mówił- najpierw wydusił z siebie kilka dosadnych "słów", a potem przechodząc cd
|
| |
|
|