Widzisz wypowiedzi wyszukane dla zapytania: Wzgórza mają oczy napisy
Wiadomość
  Krzyż w okolicach Gronowskiej.
Krzyż w okolicach Gronowskiej.
Kiedyś Bagnik napisał:
"Moze obilo Ci sie cos o uszy lub oczy i wiesz cos na temat
kamienia, ktory znajduje sie w lesie za ulica Gronowska. Trudno mi wytlumaczyc
dokladnie gdzie, ale sa to okolice "krzyza" (tak to zazwyczaj starsi
okreslali). Tam chyba kiedys byl mlyn. Jest tam kamien na ktorym wyryte sa
niemieckie napisy (niemal nieczytelne). Z opowiesci wywnioskowalem, ze byl to
kamien wystawiony na pamiatke po jakims tragicznym wydarzeniu z poczatkow
wojny."

Oglądam mapę i widzę, że na północ od ulicy Jasnej (ulica poblizu placu walki
Młodych)jest wzgórze o wysokości 136 m. A na nim narysowano oznaczenie
pojedynczego grobu. Nie będę w najblizszym czasie w Złocieńcu. Może ktoś
wyprawłby się tam. jesli jest kamień z napisem, to trzeba spróbować wypełnic
napis sniegiem. Może uda się coś odczytać. Jest okazja coś odkryć i
opowiedzieć nam wszystkim.
 
  Montujemy kajakową wyprawę
Parowiec gwiżdże. Schodzimy z wolna ze wzgórza. Nasz biały statek wykręca na
Mikołajki - mazurską Wenecję.
I znowu objawia się nam dusza tej ziemi. Na przesmyku między Śniardwami i
Jeziorem Tałtowskim położone - są Mikołajki w połowie miesteczkiem, w połowie
osadą rybacką
Mikołajki słyną z sielawek.
Idziemy z wieży kościoła obejrzeć miasteczko i okolice. Kosciół jest,
naturalnie, protestancki, nudny swoim szablonowym wnętrzem, swymi ścianami w
tablicach, na których rzędami wypisano nazwiska poległych. Wzrok mój pada na
dwa poczerniałe portrety. Okazuje się , że są to portrety dawnych proboszczów
tego kościoła: Alberta Pomiana, zmarłego w 1696r i Andrzeja Kowalewskiego,
zmarłego 1725r.
Pod tym ostatnim portretem odcyfrowuję napis:

"Czytelniku łaskawy, skiń tu oczy twoje
Na pruskiego Hioba, ktory ciężkie znoje
I jadowite strzały znosił w tym tarasie...

Idziemy na wieżę. Z jej szczytu oglądamy dalekie perspektywy mazurskich jezior.
Widzimy słynny rezerwat wschodniopruski, w którym się legną przelotne dzikie
łabędzie, a w trawie znajdują sie setki ich gniazd.
Teraz idziemy za miasteczko.
Kupujemy bułeczkę, bo na więcej brak pieniedzy i śpiewamy mazurską pioseneczkę:

Wcoraj to było zybcen de vyr,
A dzisia nie stanie na flaske byr.

Po skończonej uczcie z bułeczką zbiegamy w dół do przystani.
  Poezja antybanderowska
Lwowska Rada Miejska
Lwowska Rada Miejska

Stąd słychać szum Wisły
Wygłuszyć go trzeba
Pamięć amputować
Wyrwać gwiazdy z nieba

Zbrodnia nie wystarczy
Świadków zlikwidować
Wyrywać tablice
Napis zamalować

Zmienić ustawienie
Wzgórza zdemontować
Zemścić się na grobach
A bruk zakneblować

Powykruszać orły
Zamknąć wszystkim gęby
Herby powymieniać
A wstawić trójzęby!

Utworzyć historię
Wymienić poetów
Wpisać Ukraina
Do wszystkich wersetów

Ukraść bohaterów
Odmówić polskości
Z grobów pousuwać
Wszystkie polskie kości

Kata nam tu prędko
Zamienić w ofiarę
Mówić że pod batem
Spędził tu lat parę

Wyciągać pieniądze
Robiąc dalej swoje
Mówić o przyjaźni
Planując podboje

Aby w mieście Lvivie
Żywot pędzić słodki
Cel mieć przed oczyma
Uświęcać środki!

autor - Aleksander Szycht
  HAŃBA BYDGOSZCZANOM!
nodorf napisał:
>
> Po czym, we wrześniu 39´, ten niezwykle honorowy człowiek uciekał w popłochu
z kraju przez Zaleszczyki,

Co do ucieczki zgoda, ale przez Zaleszczyki raczej trudno by mu było, skoro
tamtejszy most nie został odbudowany po zniszczeniu w czasie I wijny. warto
sprawdzać plotki, zanim sie je powtórzy...

> Przecież Henio wyraźnie napisał, że bawił się na Wzgórzu Bismarcka, a nie
przy pomniku.

Henio napisał:

"Pomnik Bismarcka stał na Górze Bismarcka. Chodziłem tam jako dzieciak bawić
się. W domu mówiłem idę na Górę Bismarcka. Wiedziałem, że to była pozostałość
po Prusach w Bydgoszczy, tak jak koło Łodzi pomnik otoczny metalowym płotem w
miejscu gdzie zginął Litzmann"

To co tu było ową pamiątką? Góra? Prusacy ją usypali?

To nie pomnik stał na wzgórzu, ale wieża bismarca. Jego posąg stał wewnątrz i
został wyywieziony przez niemców przed oddaniem Bydgoszczy. Henio mógł oglądac
najwyżej pustą wieżę. Gdyby faktycznie widział posąg, i umiał przeczytać
towarzyszące mu napisy, to przestał by pleść dyrdymały o jakoby przyjaznej
symbolice tego monumentu. Ale to zapewne żydzie je tam wypisali, a potem
wszystko wysadzili w powietrze na złość Polakom?

>Osobiście wolę pamiętać o jego wkładzie w wątek "Co znaczyło w dawnej
> Bydgoszczy...". Również historia o wyciętych drzewach w Wenecji, budynku
> niemieckiej szkoły nie opodal Chodkiewicza czy anegdota o lustrze zasługuje na
> coś milszego niż druzgocącą diagnozę stanu psychicznego.

Być może, ale nie ma tego w tym wątku, a pisanie postów, to nie ocena
całokształtu. To co tu (i w innych wątkach) wypisuje osobnik podający się za
henia i co najmniej trzy tuziny innych posatci płci obojga zasługuje raczej na
analizę psychiatryczną a nie medal.

> Facet ma potencjał Cierpliwości.

Taaa, potencjał to on ma, tylko te klapki na oczach nie pozawlają na pełne
zabłyśnięcie. No ale to żydowski spisek zapewne
 
  Co warto zobaczyć będąc na Costa Brava?
Oprócz wyżej wymienionych miejsc polecam odwiedzenie Pals,
które jest uroczym, dobrze zachowanym średniowiecznym miasteczkiem.
Wzniesione zostało ono wokół niewielkiego wzgórza i otoczone murami
obronnymi. Budowle pochodzą w większości z XIV wieku. Dominującą
budowlą jest wieża starego zamku Torre de les Hores. Kamienne mury i
domy, wąskie strome uliczki to idealne otoczenie dla spacerów i
spokojnego zwiedzania. Szczególne wrażenie robi spacer wieczorem,
gdy latarnie rzucają jedynie odrobinę światła.
Warto też zajrzeć do Sant Feliu de Guixols, które nazywane
jest "królową Costa Brava" dzięki pogodnemu charakterowi, zadbanej
promenadzie i dobrze zachowanej starówce, po której przyjemnie jest
pospacerować. Miasto otoczone jest zalesionymi wzgórzami, znajduje
się tu długa piaszczysta plaża, wzdłuż której biegnie wysadzana
drzewami nadmorska promenada Passeig de Mar. Malowniczo prezentuje
się stare centrum miasta wokół rynku Placa de Mercat otoczonego
siecią wąskich uliczek.Piękny widok na miasto, zatokę oraz spory
kawałek wybrzeża aż do odległej o 22 km Tossa de Mar rozciąga się
ze wzgórza Ermita de Sant Elm (Pustelnia św. Elma). Na szczyt trzeba
dotrzeć pieszo, ale panorama rekompensuje trud wspinaczki. Wykuty w
skale napis informuje, że właśnie w tym miejscu poeta Ferran Agullo
wpadł na pomysł nazwania tej części wybrzeża właśnie Costa Brava.
Można też zajrzeć do Sant Pere de Rodes słynnego na Costa
Brava klasztoru benedyktynów. Położony jest on w górach,
bezpośrednio nad El Port de la Selva. Ruiny robią duże wrażenie,
zwłaszcza jeśli dodać do tego wspaniałe widoki na zatokę. Sama jazda
do klasztoru to niezapomniane przeżycie, bo na szczyt prowadzi
bardzo kręta droga, a przez cały czas przed oczami roztaczają się
wspaniałe widoki na góry i morze.
Jadąc z klasztoru w kierunku morza krętą i stromą górską drogą,
przez niemal bezludną okolicę i pozbawione roślinności wzgórza,
dociera się do jednej z najładniejszych miejscowości na Costa Brava,
za jaką uchodzi Cadaques. To małe miasteczko robi imponujące
wrażenie, gdyż położone jest na stromym zboczu górskim, nad zatoką,
której woda uderza niezwykłym błękitem.
  Amerykanskie zapiski Erie - 2003 rok :)
ciag dalszy poprzedniego odcinka :)
No, ale trzeba sciagnac mokry kostium! Tadek zakreca sie w koc i juz ma suche
majtki na tylku, a ja? Wpadam na pomysl, wyciagam z torby moja dluga spodnice,
zakladam ja na szyje robiac w ten sposob parawan i szybciutko sie
przebieram...
Jest druga po poludniu... musimy wyruszac w droge, bo czas nas goni. Zjadamy
lekki posilek i wyruszamy.
Chcemy byc jutro z samego rana nad Grand Canyon , a to szmat drogi. Ustalamy,
ze bedziemy jechali do oporu, a przespimy sie w aucie gdzies po drodze.
Wjezdzamy na autostrade Nr 10 Opuszczamy zielony pas wybrzeza kalifornijskiego
i znowu wjezdzamy w pustynie. Patrze na mape i mowie do Tadka:
- Napatrz sie dobrze, bo zielonego nie zobaczysz dlugo...
Kilka godzin jazdy , tereny dosc plaskie, monotonne. Ciekawostka natomiast jest
to , ze co kila mil ustawiony jest duzy zbiornik z woda - to woda do chlodnic
samochodowych, czesto tez sa aparaty telefoniczne i informacje, ze sluza tylko
do porozumiewania sie w naglych wypadkach.
Na horyzoncie widze cos bialego, migajacego. zaczynaja sie wzgorza. A na
wzgorzach tysiace wiatrakow. Kto widzial wiatrak na trasie Radom-Warszawa z
wielkim napisem Mentos - ten wie o jakich wiatrakach pisze. No nie, te tutaj sa
biale, bez zadnych napisow i kreca sie jak oszalale. Niesamowity obraz. na
kazdym kolejnym wzgorzu, kolejne tysiace wiatrakow.... Musimy to uwiecznic na
zdjeciu! Zatrzymujemy sie i ... nie moge utrzymac drzwi. Tadek musi mi pomagac.
Wiatr jest bardzo, bardzo silny. Po prostu mnie pcha do przodu... Chowam sie za
auto i robie zdjecia.

Dojezdzamy do miasteczka na pustyni Palm Springs. Slynie ono z tego, ze
przebywal tutaj Elvis Presley - spedzil tutaj miesiac miodowy po slubie z
Proscilla. Podobno lubil to miejsce szcegolnie latem, dziwne to o tyle, ze
latem tutaj smazy jak wszyscy diabli, a on podobno nie znosil upalow. Rozwiązał
ten program instalując w rezydencji klimatyzację, którą mógł regulować i jego
przyjaciele przyrównywali dom do „chłodni rzeźniczej”.
zatrzymujemy sie, zeby zatankowac auto. I nowa ciekawostka.., Wszystkie drzewa
(palmy i male sosny) pochylone sa w kierunku wschodnim. To sprawa wiecznie
wiejacego zachodniego wiatru.
Za Palm Spring jeszcze male miasteczko Indio, a potem juz tylko kamienno -szara
przestrzen.Gdzies w oddali widac nie zalesione wzgorza. To juz kraina Indian.
na tym pustkowi znajduja sie rezerwaty indianskie. Niedlugo bedziemy skrecac w
droge lokalna, wiec zatrzymujemy sie na rest area -

Tu sie przesiadamy. Ja prowadze.
Dojezdzamy do drogi nr 95, - droga dwukierunkowa , monotonna, w srodku pustyni
widze napis "Senior Center" (Dom Starcow) i strzalke kierujaca na jakas droge w
prawo...
Glupio smiejemy sie, ze jeszcze pare latek to nas tu przywioza na zasluzony
wypoczynek...
Teren robi sie gorzysty, troche mocnych podjazdow pod gore, ale czuje sie
dobrze za kierownica. Juz ciemno. Przed nami oswietlona dolina .
Dojezdzamy do miasteczka Needless, tuz za nim jest juz Arizona i autostrada Nr
40. Zamieniamy sie miejscami, musimy poszukac stacji beznynowej, bo czeka nas
daleki odcinek pustyni, a mapa pokazuje, ze za wiele stacji to tutaj nie
bedzie. Jest stacja! Wysiadam z auta i czuje, ze dmucha na mnie bardzo mocny i
goracy prad powietrza. usuwam sie, a tu dalej... Mysle, ze to dmuchawa z
klimatyzacji, ale nie! Tak dmucha goracy pustynny wiatr! ma sie wrazenie , ze
to ogromna suszarka do wlosow.
Zasypiam w aucie, Tadek budzi mnie . Przecieram zaspane oczy i widze, ze
jestesmy na stacji benzynowej.Wychodzimy, prostujemy nogi. Na dworze goraco.
Tutaj zatrzymamy sie na nocleg. Na parkingu pelno Tirow, ich kierowcy tez tutaj
nocuja. Zegar przy drzwiach wejsciowych do sklepu wskazuje po drugiej w nocy.
Znajdujemy kacik z tylu, za budynkiem , rozkladamy fotele do pozycji lezacej i
w rytm huczacych w tirach klimatyzacji zasypiamy.
Budze sie kilka razy, troche niewygodnie, ale to nic! Grunt, ze nadrobilismy
troche nasz wypad nad Pacyfik!
A jutro wreszcie zobacze Grand Canyon....
cdn.
  Wycieczki samochodowe po Europie.
Oto jest:
"W Belforcie zwiedzamy twierdzę -wspaniały zabytek sztuki fortyfikacyjnej
Vaubana, z jej umocnień i fortów rozległy widok na leżące w dole miasto. Potem,
nadal nad brzegami Doubs, w kierunku Besançon, gdzie stajemy na parkingu i
rozglądamy się za obiadem, świadomi, że zbliża się feralna godzina 14.00, po
której we Francji aż do wieczora się już nie je. Wojtek twierdzi, że należy
przejść przez most na drugi brzeg rzeki, choć wygląda on nie zachęcająco-
jakieś roboty drogowe itp. Idziemy więc w stronę przeciwną, ale gdy trafiamy na
IT i dostajemy plan miasta, szybko orientujemy się, że rzeczywiście, trzeba
wrócić na most. Zaraz za nim widzimy restaurację z zachęcającą ceną przy
napisie "plat du jour...", wchodzimy, urocza panienka wita nas drzwiach,
że "fermé", ale na widok głodu w naszych oczach litościwie wskazuje, że obok
jest bar. Jest: długa lada z pojemnikami z gorącymi i zimnymi potrawami,
wybieramy steki z frytkami, które otrzymujemy w niespotykanej ilości...
ponieważ i ten lokal za chwilę był też fermé, pewnie dali nam całą zawartość
frytownicy, potem pijemy jeszcze kawę z automatycznego ekspresu, za wszystko
płacimy 106 FrF, a wypuszczają nas bocznymi drzwiami...bo lokal już fermé.
Najedzeni ruszamy na zwiedzanie miasta. Jak wszystkie tutaj schludne i
zabytkowe, ale wyraźnie unowocześniane, zabytki wkomponowane w nowszą
architekturę np. rzymski łuk Porte Noire, na wzgórzu potężna twierdza (znowu
Vauban) z której piękny widok na całe miasto ulokowane ciasno w pętli Saony,
ale horyzont mniej rozległy niż w Belfort. Trochę błądzimy w poszukiwaniu
naszego F1, ale w końcu docieramy do niego, wypijamy jogurt, cydr i herbatę
potem idę na spacer po okolicznym osiedlu.
Bez problemu rezerwujemy telefonicznie hotel na pojutrze we Vienne. Właściwie
to problem był: na schematycznej mapce F1 jest w Vienne, ale szukać go należy
pod Lyon, naprawdę zaś jest w miejscowości Chasse-sur-Rhône. Wieczorem w
telewizji znowu Diana, dorozumiewamy się wreszcie, że zabiła się w Paryżu,
że paparazzi, alkohol, 180 mil/godz. itd.
02.09.: Wobec tego, że etap z Besançon do Bourg-en-Bresse wydał nam się krótki
i, sądząc z mapy, nudny, postanawiamy jechać przez Dole, Beaune, Tournus. Droga
malownicza, przez cały czas z dłuższymi przerwami mży, ale niezbyt dokuczliwie.
Dole: stare wspaniałe miasto w doskonałym stanie, wąskie, kręte uliczki,
wspaniały kościół Notre Dame. W Beaune nieprawdopodobnie piękny i
wypieszczony Hotel Dieu- XIV wieczny szpital-hospicjum, w pełni zrekonstruowane
wyposażenie i wystrój wnętrz, z łóżkami, nocnikami, cynowymi dzbankami i
talerzami, wspaniałe podwórze, bajeczny dach z kolorowej dachówki, główna
sala chorych z kunsztownym drewnianym stropem, w specjalnym zacienionym
pomieszczeniu duży poliptyk, przeniesiony tam z głównej sali.
Tournus właściwie minęliśmy, ale coś nas tknęło, że zawróciliśmy z powrotem i
warto było. Olbrzymi, obronny kościół romański, we wnętrzu potwornej grubości
kolumny, całość XI-XIV w., obok opactwo malutkie, ale uroczo surowe.
Całość wkomponowana w miasto, okoliczne domy chyba z tych samych czasów. Po
drodze tankujemy, wzdłuż drogi ścierniska, ale głównie pola słoneczników i
kukurydzy, (co nasuwa mi myśl, że pewnie Chruszczow miał rację), no i winnice."
Ma byc coś jeszcze? Pozdrowienia .
  Francja w opisach z podróży Fredzia
Wycieczki samochodowe po Europie...Jura

Autor: Gość: Fredzio IP: *.zwnet.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl
Data: 14.02.2004 13:23
"W Belforcie zwiedzamy twierdzę -wspaniały zabytek sztuki fortyfikacyjnej
Vaubana, z jej umocnień i fortów rozległy widok na leżące w dole miasto. Potem,
nadal nad brzegami Doubs, w kierunku Besançon, gdzie stajemy na parkingu i
rozglądamy się za obiadem, świadomi, że zbliża się feralna godzina 14.00, po
której we Francji aż do wieczora się już nie je. Wojtek twierdzi, że należy
przejść przez most na drugi brzeg rzeki, choć wygląda on nie zachęcająco-
jakieś roboty drogowe itp. Idziemy więc w stronę przeciwną, ale gdy trafiamy na
IT i dostajemy plan miasta, szybko orientujemy się, że rzeczywiście, trzeba
wrócić na most. Zaraz za nim widzimy restaurację z zachęcającą ceną przy
napisie "plat du jour...", wchodzimy, urocza panienka wita nas drzwiach,
że "fermé", ale na widok głodu w naszych oczach litościwie wskazuje, że obok
jest bar. Jest: długa lada z pojemnikami z gorącymi i zimnymi potrawami,
wybieramy steki z frytkami, które otrzymujemy w niespotykanej ilości...
ponieważ i ten lokal za chwilę był też fermé, pewnie dali nam całą zawartość
frytownicy, potem pijemy jeszcze kawę z automatycznego ekspresu, za wszystko
płacimy 106 FrF, a wypuszczają nas bocznymi drzwiami...bo lokal już fermé.
Najedzeni ruszamy na zwiedzanie miasta. Jak wszystkie tutaj schludne i
zabytkowe, ale wyraźnie unowocześniane, zabytki wkomponowane w nowszą
architekturę np. rzymski łuk Porte Noire, na wzgórzu potężna twierdza (znowu
Vauban) z której piękny widok na całe miasto ulokowane ciasno w pętli Saony,
ale horyzont mniej rozległy niż w Belfort. Trochę błądzimy w poszukiwaniu
naszego F1, ale w końcu docieramy do niego, wypijamy jogurt, cydr i herbatę
potem idę na spacer po okolicznym osiedlu.
Bez problemu rezerwujemy telefonicznie hotel na pojutrze we Vienne. Właściwie
to problem był: na schematycznej mapce F1 jest w Vienne, ale szukać go należy
pod Lyon, naprawdę zaś jest w miejscowości Chasse-sur-Rhône. Wieczorem w
telewizji znowu Diana, dorozumiewamy się wreszcie, że zabiła się w Paryżu,
że paparazzi, alkohol, 180 mil/godz. itd.
02.09.: Wobec tego, że etap z Besançon do Bourg-en-Bresse wydał nam się krótki
i, sądząc z mapy, nudny, postanawiamy jechać przez Dole, Beaune, Tournus. Droga
malownicza, przez cały czas z dłuższymi przerwami mży, ale niezbyt dokuczliwie.
Dole: stare wspaniałe miasto w doskonałym stanie, wąskie, kręte uliczki,
wspaniały kościół Notre Dame. W Beaune nieprawdopodobnie piękny i
wypieszczony Hotel Dieu- XIV wieczny szpital-hospicjum, w pełni zrekonstruowane
wyposażenie i wystrój wnętrz, z łóżkami, nocnikami, cynowymi dzbankami i
talerzami, wspaniałe podwórze, bajeczny dach z kolorowej dachówki, główna
sala chorych z kunsztownym drewnianym stropem, w specjalnym zacienionym
pomieszczeniu duży poliptyk, przeniesiony tam z głównej sali.
Tournus właściwie minęliśmy, ale coś nas tknęło, że zawróciliśmy z powrotem i
warto było. Olbrzymi, obronny kościół romański, we wnętrzu potwornej grubości
kolumny, całość XI-XIV w., obok opactwo malutkie, ale uroczo surowe.
Całość wkomponowana w miasto, okoliczne domy chyba z tych samych czasów. Po
drodze tankujemy, wzdłuż drogi ścierniska, ale głównie pola słoneczników i
kukurydzy, (co nasuwa mi myśl, że pewnie Chruszczow miał rację), no i winnice."
Ma byc coś jeszcze? Pozdrowienia .
  kałamstwa na stronie hajnowka.pl
Cóż, by nie być gołosłowną przytaczam artykuł za strony hajnówka.pl i zaznaczę
kłamstwa, które aż oczy kłują.

Śladami polskiej historii

organizując wycieczkę nikt nie chciał szukać "sładów polskiej historii", bo
celem wycieczki było zwiedzanie białoruskiej części Puszczy Białowieskiej i jej
okolic, więc nadanie takiego tytułu już zniekształca całą informację.

"Wycieczką śladami polskiej historii można określić wyprawę na Białoruś
uczniów kl IV c z wychowawczynią Danutą Samerek ze Szkoły Podstawowej Nr 5 .
Trzydniowy pobyt 31 maj - 2 czerwiec pozwolił zwiedzić dzieciom: Wysokie
Litewskie, Wołczyn, Gremiaczę, Brześć, Kamieniec i Kamieniuki.

Obecne białoruskie miasteczka związane niegdyś z Rzeczpospolitą, wciąż
posiadają wiele śladów dawnej polskości. Uczestnicy wycieczki zwiedzili pałac
wzniesiony w l. 1816-20 przez ks. Pelagię z Potockich Sapieżynę, zwany pałacem
Sapiehów w Wysokim Litewskim. To stare miasteczko położone na wzgórzu, otoczone
z trzech stron rzeką Pulwą, liczy około 5 (ponad 7) tys. ludności.

Obecnie nieużytkowana zabytkowa budowla jest główną atrakcją tego miejsca."

To nie jest główna atrakcja tego miasta, lecz jeden z wielu zabytków, nie
najstarszy, zresztą.

"Pałac ma zabite deskami okna, ale teren wokół niego jest ładnie
uporządkowany. Zadbany park jest pod opieką szkoły, która posiada na jego
terenie internat."

Park nie znajduje się pod opieką szkoły, która ma na jego terenie internat.
Szkoła mieści się na dziedińcu pałaca, a park jest w innym miejscu i opiekuje
się nim inna instytucja.

"O smutnych kolejach losu zabytkowej budowli i nadejściu komunistycznej władzy
przypomina, namalowany na jednej z desek czerwony napis LENIN 1924 r."

O tym ponoć pani Zachaj powiedział kolega, który tam kiedyś był. Szkoda, że ona
w swoim artykule nie podpiera się osobiście sprawdzonymi informacjami, lecz
usłyszanymi gdzieś od kogoś przypadkowo, i nawet nie w tym temacie. Podczas
wycieczki nie szukaliśmy śladów komunizmu, tylko zwiedzaliśmy miasteczko o
ciekawej i bogatej historii. Ale pani Zachaj trzeba było dorobić swoją
ideologię, więc ją dorobiła.

"Dzieci zwiedziły również miejscowość Gremiacze, gdzie był ochrzczony i
pochowany ostatni król Polski Stanisław August Poniatowski."

Otóż dzieci zwiedziły miejscowość Wołczyn, gdzie znajduje się koścół, w którym
był ochrzczony i pochowany Stanisław August Poniatowski. W Gremiacze natomiast
zwiedziły park i stary pałac

"Twierdza, muzeum archeologiczne oraz wesołe miasteczko to obiekty odwiedzone w
Brześciu. Wieża w Kamieńcu, Muzeum Przyrodnicze w Puszczy Białowieskiej w
Kamieniukach oraz obiekty zabawnej siedziby białoruskiego Mikołaja – Dzieda
Moroza były ostatnim punktem wycieczki."

Jak już pani Zachaj była tak dokładna w wyszukiwaniu informacji na temat
Wysokiego, to czemu ominęła Brześć, Kamieniec, Kamieniuki? A może bała się
dorobić tym miastom chybionego nacjonalistycznego wizerunku?

"- Nasza wycieczka była bardzo udana - powiedziała Marta Trochimczyk, opiekun
grupy z ramienia rodziców - A teren zwiedzania był tym bardziej przyjazny i
ciekawszy, że na każdym kroku spotykały nas ślady dawnej polskości tych ziem.
Dzieci były bardzo zadowolone z takiego prezentu jaki sprawiliśmy całej klasie
na Dzień Dziecka.
Wycieczka była dofinansowana z "Gminnego Funduszu Ochrony Środowiska i
Gospodarki Wodnej". Organizatorzy składają podziękowania Burmistrzowi Miasta
Hajnówka za pomoc w pokryciu kosztów przedsięwzięcia.
JZ"

Cóż, bardzo mi przykro, że ze zwykłej dziecięcej wycieczki krajoznawczo-
przyrodniczej pani Zachaj zrobiła akcję "szukania śladów", czym skrzywdziła i
obraziła zarówno uczestników wycieczki, jak i jej organizatorów.
Jak się nie wie co pisać, lepiej nie pisać wogóle.

Tak na marginiesie - to nie pierwszy i niestety nie ostatni artykuł zawierający
kłamliwe informacje.
  Śladami Pana Samochodzika - co proponujecie?
Może niekoniecznie na temat - choć blisko, blisko - nasza wyprawa nie trwała
bowiem kilku dni, a zaledwie były to 2 krótkie wypady.
Mieszkamy w Gdyni, nie było więc kłopotem wybrać się do Fromborka. Ponieważ nie
ustaję w znoju i trudzie nakłaniać mojego syna (9 lat) do lektury PS (a on się
dzielnie opiera, niestety, widać cienka jestem w argumentacji :))),
wymyśliłam,że połączymy razem przyjemne z pożytecznym, pogadamy o Koperniku,
obejrzymy katedrę z przyległościami, a następnie udamy się śladami PS.
Od razu powiem, że o ile Kopernik stanął na wysokości zadania ( :)) i był na
miejscu, tak samo zresztą jak całe wzgórze katedralne, o tyle część druga
ambitnego planu całkowicie nie wypaliła. Niestety, okazało się, iż kompletnie
niechcący trafiliśmy na obchody Dni Fromborka; powitały nas bazarowe stragany i
kiełbaski z grilla vis a vis pomnika Kopernika (przy Wieży Wodnej), a nad
snującymi się dymami z grilli unosił się upojny dżwięk jakieś chały
dyskotekowej ze "sceny muzycznej". Oczywiście poziom decybeli i smrodu był
taki, że zwiewaliśmy stamtąd żwawo.
Na szczęście na Wzgórzu Katedralnym było cicho i miło, zwiedziliśmy (bynajmniej
nie sami, zwiedzających było więcej)co się dało; potem poszliśmy nad Zalew,
oglądając po drodze miejsce, gdzie jest obecnie park, spekulując, czy to są te
trawniki, które zakładali harcerze na miejscu zburzonych w czasie wojny domów
(w ramach akcji Frombork 2000) i wyjechaliśmy z Fromborka.
Naprawdę, naprawdę warto pojechać, Wzgórze jest rewelacyjne, zwłaszcza gdy
kogoś nie nudzą stare mury.
Przyznaję z pokorą, że nie szukaliśmy już ani jaru nad Baudą, którym droga
prowadziła do Krainy Straszliwego Asa, odechciało nam się także PTTK. Nie
trafiliśmy też na ulicę, gdzie miało rosnąć Taufelsbaum.
Czy fakt, że lało jak z cebra, usprawiedliwi nas choć trochę w oczach fanów
PS???????

Drugi natomiast wypad (choć nie do końca był to wypad - zajechaliśmy tam
wracając z Olsztyna - "skręcił do piekieł, po drodze mu było") odbyliśmy do
Jerzwałdu. Polecam kobietom zwłaszcza, jechaliśmy takimi kocimi łbami, tak nas
wytrzęsło, że ciała mamy pewnie teraz trwale ujędrnione :)))
Ale za to pierwszy dom za znakiem z nazwą Jerzwałd wydał mi się jakiś znajomy
taki, jakbym go gdzieś widziała - no i bingo, wjechaliśmy idealnie akurat tam,
gdzie należało. To był TEN DOM, z tablicą na frontowej ścianie, że "tu w latach
1967 - 1994 nieszkał....". Nie pchaliśmy się do środka, gospodarze mieli gości
(chyba), w każdym razie po chwili brama się otworzyła i wyjechało kilku panów
konno. Jak dla mnie - rewelacja.
Wyciągając szyje nad płotem (ale dyskretnie, dyskretnie) obejrzeliśmy słynny
mostek (znany ze zdjęć do wydań Warmii). A potem poszliśmy na cmentarz. Obecnie
używana część cmentarza jest malutka i łysa, drzewa rosną naokoło; wyraźnie
widać starą, zadrezwioną i zaniedbaną część - w której groby w większości
pokryte są bluszczem i tylko wybrzuszenia wskazują, że coś tam pod spodem jest.
Usiedliśmy przy grobie Zbigniewa Nowickiego - Nienackiego (taki napis jest na
pomniku), posiedzieliśmy z Nim chwilę - i ruszyliśmy dalej.
Ot i taka cała wyprawa.
Piszę się na następne spotkanie letnie fanów PS, można?
Pozdrawiam wszystkich

PS. Aha, zapomniałam dopisać, że niestety wyprawy śladami PS i jego Autora nie
spełniły podstawowego celu - syn dalej nie czyta PS. Tylko Harry Potter mu w
głowie.
Co robić???
Jak go namówić do czytania czegokolwiek innego niż HP, nie tylko PS????
Skończyłam już z perswazją słowną, co będę dzieciaka zniechęcać, co za dużo
to... każdy wie.
Pozdrawiam ponownie
  Roztoczańskie opowieści...
Szcze ne wmerła Ukraina...
Z Wielkich Oczu (niektórzy mówią Wielkich Ócz), jadąc tym razem już cały czas
asfaltem, docieramy do Kobylnicy Wołoskiej. Wsi nie sposób byłoby przegapić, bo
już z odległości kilku kilometrów widać wybudowaną na wzgórzu, potężną ,
murowaną cerkiew p.w. św. Dymitra. Ta jest w doskonałym stanie, bo raz że
wybudowana stosunkowo niedawno (1924 rok) a dwa – jest wykorzystywana od 1947
roku, jako kościół rzymskokatolicki, więc cały czas o nią dbano. W ostatnich
latach, na powrót zaczęto tu odprawiać nabożeństwa w liturgii greckiej, na
przemian z rzymskimi. Mimo prześladowań ze strony komunistów nakierowanych na
likwidację Cerkwi greckokatolickiej, udało się unitom przetrwać i w latach 90-
tych niektóre cerkwie na wschodzie Polski ożyły na nowo... Ta w Kobylnicy
Wołoskiej robi duże wrażenie, bo jest rzeczywiście ogromna w porównaniu do
wszystkich tych małych cerkiewek oglądanych do tej pory. Podobno tu też kiedyś
była stara, drewniana cerkiew, z którą wiąże się pewna legenda. Otóż pewien
kupiec wołoski miał kiedyś pędzić tędy woły na sprzedaż. Rozpętała się potężna
burza i woda zaczęła zalewać okoliczne łąki. Kupiec z bydłem schronił się na
wzgórzu i ślubował, że jeśli ocaleje, zbuduje tu cerkiew. Deszcz ustał, kupiec
wywiązał się z ślubowania i odtąd to miejsce zaczęto nazywać Kobylnicą Wołoską
(czemu nie Wołownicą Wołoską– nie mam pojęcia).
Z Kobylnicy, znowu asfaltem kierujemy się przez Budzyń i Korczową do Młynów.
Jedzie mi się ciężko, pokonywanie wzniesień sprawia coraz więcej trudności.
Słońce nie ułatwia jazdy, dogrzewając okrutnie. Z dużą ulgą zsiadam z roweru
pod następną drewnianą cerkiewką, zaczynam powątpiewać czy dam radę pokonać
całą zaplanowaną na dziś trasę, a nie jesteśmy jeszcze nawet w jej połowie...
Ale przestaję sobie tym na razie zaprzątać głowę. Chodzę na sztywnych nogach
wokół zbudowanej w I połowie XVIII wieku cerkwi p.w. Opieki Matki Bożej. Nie
tak może piękna, jak niektóre z dotąd widzianych, ale przynajmniej w dobrym
stanie. Ma dwie kondygnacje i szerokie soboty. Drzwi są niestety zamknięte i
nie da się obejrzeć wnętrza. Przez okna widzimy tylko, że jest wyposażone.
Zachował się ikonostas. Przy cerkiewce znajduje się też drewniana dzwonnica.
Największą ciekawostką tego miejsca jest to, że przez blisko 20 lat, w tej
cerkwi pracował jako kapłan Michajło Werbyckij. Urodził się w Jaworniku Ruskim
na Pogórzu Przemyskim, w pobliskim Uluczu (kilka kilometrów od Jawornika)
oglądałem kilka lat temu tablicę pamiątkową poświęconą Werbyckiemu). Zmarł
tutaj we Młynach i tutaj został pochowany. Jego bardzo oryginalny nagrobek, w
kształcie liry znajduje się blisko cerkwi. Przy grobie sporo kwiatów i to
niedawno składanych, bo nie całkiem jeszcze zwiędły. Na wieńcach żółto-
niebieskie wstęgi i ukraińskie napisy. Skąd to wszystko? Otóż Michajło
Werbyckij był nie tylko unickim księdzem, ale też i kompozytorem. To on napisał
muzykę do sztuki „Zaporożcy” a w niej jedną szczególną pieśń – obecny narodowy
hymn ukraiński - „Szcze ne wmerła Ukraina”...
  O wyższości Łomży nad Białymstokiem
O wyższości Łomży nad Białymstokiem
Dzięki aurze zostaliśmy zmuszeni aby rozstrzygnąć wątpliwość, które święta są
ważniejsze: Boże Narodzenie czy Wielkanoc? Istnieje poważna obawa, że na
Wielkanoc będziemy lepić bałwana. Śnieg jest atrybutem wigilii i witania
nowego roku. Dyskusja zatem jest zasadna. Mając za sobą taką intelektualną
rozgrzewkę i „w tych okolicznościach” przyrody zastanówmy się nad tezą, którą
chciałbym tutaj postawić i udowodnić, a narażę się, że ho ho ho. A mianowicie
tezę o wyższości Łomży nad Białymstokiem.
Pierwsza wyższość rzuca się od razu w oczy: Łomża jest położona wyżej aniżeli
Białystok, wzgórza były cenniejsze, aniżeli płaskowyże, to na nich lokowano
zamki, podczas bitew stanowiska dowódców. Łomża jest też znacznie starsza, i
bardziej w Polsce rozpoznawalna. W Białymstoku chwalimy się za to Kurpiami
Zielonymi, które mają przecież łomżyński rodowód.
Ziemia Łomżyńska miała Glogera, Łomża i ziemia łomżyńska była warowna, miała
liczne zamki, była bliżej centrum, mniej prowincjonalna.
O kompleksach, które mamy wobec Łomży świadczy chociażby ten fakt, że
Białostoczanie chętnie kupują łomżyńskie „laleczki”, a Łomżyniacy Dojlid
raczej nie skosztują. Łomża ma tygodnik (Białystok: nie), w którym pisuje
kilku znakomitych dziennikarzy, a ich teksty są na wysokim poziomie:
udokumentowane reportaże i solidna publicystyka (właściwie nieobecna w
dziennikach z Białegostoku). Białystok nie dorobił się nigdy równie
znakomitej, aktywnej i sprawnej organizacji jaką jest Towarzystwo imienia
Wagów.
Społeczność łomzyńska jest dumna ze swojego miasta, akcentuje swoją odrębność
i nie znajdziecie tam bodaj nikogo, kto użyje słowa Podlasie. Zatwardziali to
oni są!
O skali akcji i działań chartytatywnych, zbiórek na szlachetne cele, tego
typu społecznej aktywności możemy tu nad Białą pomarzyć. Właśnie zakończyła
się akcja łomżyńskich Amazonek na Balu Życzliwych Serc. Bal organizowany
jest po raz czwarty przez łomżyńskie Stowarzyszenie Kobiet z Problemem
Onkologicznym. W niewielkiej liczebnie Lomży zebrano 18 tysiecy złotych. Na
mammograf (potrzeba około 400 tys. zł) łomżyńskie amazonki zebrały już 113
tysięcy złotych! Kiedy w Białymstoku zebrano więcej?
Zbiórki pieniężne na ratowanie zabytkowego cmentarza w Łomży to wydarzenie w
skali całego miasta. Wzmianki na ten temat ukazują się w dziennikach
telewizyjnych i Teleexpresie obok relacji z warszawskich Powązek.
Charytatywne mecze piłkarskie, kwesty w mieście nad Narwią mają wieloletnią
tradycję.
To wreszcie łomżyńskie wydawnictwo „Stopka” wydało w tym roku gigantyczną
pracę pt „Kultura Polityczna Polaków” pozycję cytowaną przez wszystkie bodaj
liczące się media w Polsce (właściwie nieodnotowaną w Białymstoku). W tym
samym czasie, gdy w Łomży ukazuje się „KPP” w Białymstoku podnosi się
żenującą kwestię dyskutując dlaczego nie ma w mieście literatów, a jeżeli już
są, to dlaczego nic nie piszą, a skoro już piszą – to dlaczego piszą tak
kiepsko.
W ubiegłym roku latem byłem w Łomży, rynek ponownie wypiękniał (Łomża jak
wiecie jak ładnym miastem, my mieliśmy szansę ją przebić dzięki jedynym w
Europie Bojarom, ale lokalne władze w sojuszu z pseudoarchitektami pogrzebali
tę szansę bezpowrotnie). W miejscu gdzie znajduje się tablica upamiętniająca
spaloną synagogę jakiś szczyl (nie ważne ile miał lat) domalował gwiazdę
Dawida i różne niemądre dopiski. Zajrzałem do prezydenta Marcina
Sroczyńskiego, przyjął mnie od razu, krótko powiedziałem w czym rzecz. Za 15
minut napis został usunięty. W ubiegłym roku w Białymstoku zdjęto nielegalnie
tablicę ze starej bóżnicy przy ulicy Pięknej. Pomimo wielu publikacji,
listów, apeli do prezydenta Białegostoku tablicy nie przywrócono. Machnięto
na sprawę ręką.
Pisząc tak ciepło o Łomży zdaję sobie sprawę, że problem przerysowuję. Ja
lubię jakoś Białystok, nic nie poradzę, że jest miastem młodszym i niżej
położonym. Nie chcę się również stąd wyprowadzać. Jednak czasami Łomży
zazdroszczę.
A jakie jest wasze zdanie? Wypowiedzcie się a raczej wypiszcie na naszym
forum.
www.szukamypolski.com
  Funny Nile - moje wspomnienia
29.10
Luksor, zakwaterowanie na statek

Wstajemy raniutko, a właściwie jeszcze w nocy. Budzimy się dzięki dzwonkowi w
komórce. Jakoś nie wierzyłam w to egipskie budzenie, które mieliśmy zamówione,
i jak się okazało, bardzo słusznie. Dzwonili do nas, a i owszem, ale ...
telefon miał wyłączony (lub zepsuty) dzwonek! Grunt, że punktualnie stawiamy
się na miejsce zbiórki. Jestem trochę nieprzytomna, ale tylko przez chwilę;
emocje robią swoje. Wydaje mi się, że przez całą noc śniły mi się zabytki,
które już dziś mamy zobaczyć. Czyżbym miała prorocze sny?

Krążymy jeszcze trochę po Hurgadzie, zbierając pozostałych uczestników naszego
rejsu. Okazuje się, że będziemy mieli kameralną 12. osobową grupę warszawsko –
śląsko – australijską. My oraz jeszcze jedno małżeństwo jesteśmy najmłodsi.
Docieramy do miejsca, skąd wyrusza konwój. Zawsze wyobrażałam sobie, że w
czasie konwoju wszędzie otaczać nas będzie policja – z przodu, z tyłu, z boku –
na trasie. Tymczasem jest jej zdecydowanie mniej, niż myślałam. Jedziemy w
kilkanaście autokarów dosyć rozstrzelonym konwojem; chwilami nie widzimy przed
sobą ani za sobą żadnych innych pojazdów. Nasza przewodniczka podczas rejsu,
Agnieszka, Polka od 8 lat mieszkająca w Kairze, zdradza nam, że obecnie konwoje
wyglądają zupełnie inaczej niż kiedyś. Są utrzymywane przez biura turystyczne i
ich głównym celem nie jest już zapewnienie nam bezpieczeństwa (Aga twierdzi, że
i tak jest bezpiecznie), lecz zapewnienie szybkiego i bezproblemowego
transportu turystów. To fakt, w czasie konwojów tamowany jest całkowicie ruch
drogowy, a znając zwyczaje tutejszych kierowców (my tak naprawdę dopiero je
poznamy), założę się, że normalnie przebycie tej trasy zabrałoby nam
zdecydowanie więcej czasu.
Znaczną część drogi przebywamy pośród skalistych wzgórz. Tak wygląda pustynia w
Egipcie, choć większości pewnie słowo „pustynia” kojarzy się z ogromnymi
połaciami miękkiego i drobnego piasku. Droga jest kręta i raz po raz zanurzamy
się w kolejne zakamarki otaczających nas wzgórz. Wkrótce krajobraz zmienia się
i mijamy mniejsze i większe miejscowości. Mój pierwszy szok po obejrzeniu
Hurgady i wiecznego placu budowy w jej okolicach, tutaj zdecydowanie się
powiększa. Widzę wyższe i niższe zabudowania, które lata świetności dawno mają
już za sobą, a tak naprawdę chyba nigdy nie zostaną dokończone (czyli jak się
okazuje tu w Egipcie mają trochę więcej niedokończonych rzeczy niż tylko
obelisk;). Niczym flagi łopoczą na wietrze ręczniki, chusty i inne elementy
garderoby – jest to jak dla mnie jedyny ślad tego, że budynki są zamieszkałe. Z
autokaru widzimy też ich mieszkańców – bardzo biednych ludzi, starych i
młodych, i malutkie jeszcze dzieci. Faceci w długich sukmanach – galabijach –
„gnają” na osiołkach po brudnych ulicach, inni siedzą przed domami i wpatrują
się na przejeżdżające autokary. Myślę sobie, że my jesteśmy dla nich taką samą
atrakcją, jaką oni dla nas.. Na murach gdzieniegdzie widnieją zakurzone i
odrapane reklamy Pepsi – jak się okazuje, to rzeczywiście marka globalnaJ.
Obserwując te widoki zdaję sobie sprawę, że właśnie zaczyna się prawdziwy
Egipt, nie mający nic wspólnego z jarmarcznością Hurgady. Miejscowości
wypoczynkowe są zamkniętymi enklawami, rządzące się swoimi własnymi prawami
wynikającymi z upodobań i przyzwyczajeń turystów, dlatego po stokroć warto
wybrać się choćby na jedną wycieczkę, by naprawdę poczuć, dotknąć, zobaczyć
kawałek kraju, który trzy tysiące lat temu był światową potęgą, a dziś zdaje
się funkcjonować jedynie dzięki swej historii...
Wkrótce docieramy do Luksoru. Dopada nas miejski zamęt i ruch uliczny, ale w
mojej głowie zamęt jest chyba większy – niebawem moim oczom ukażą się jedne z
najsłynniejszych zabytków na świecie!
Przystanek pierwszy – Karnak. Największy zespół świątynny w Egipcie, budowany,
rozbudowywany i przebudowywany przez stulecia. Co bardziej leniwi faraonowie
nie stawiali świątyń od podstaw, ale korzystali z dorobku swoich poprzedników -
albo burzyli ich świątynie i z pozostałych skalnych bloków stawiali nowe,
jeszcze okazalsze i wspanialsze, albo zwyczajnie zacierali napisy i wizerunki
przodków, naprędce wykuwając swoje. Nie robili sobie wiele z dorobku swoich
przodków, koncentrując się na tym, aby to właśnie oni byli zapamiętani
najlepiej i pozostawili po sobie największy dorobek architektoniczny.
  Mieliśmy w Poznaniu "Bractwo Literatów!!!!!
Vanitas vanitatum.
Pamiętacie tę wystawę w naszym Muzeum Narodowym? To było wydarzenie!!!!!! To
było cos co warto zapamiętać. Teraz eksponaty zostały zwrócone właścicielom.
Pozostała pamięć i wspaniały Katalog. Tylko nieliczne eksponaty pozostały w
Poznaniu. Jednym z nich jest obraz który jest w naszym MN. Może nie każdy na
niego zwraca uwagę. To w zasadzie XIX wieczna kopia obrazu krakowskiego -
Taniec Śmierci – Dance Macabre. Kopia wykonana przez Seweryna Krauze.
Warto przed tym obrazem się zatrzymać i popatrzyć. Znacie ten motyw? Popularny
w sztuce od średniowiecza. Przedstawiający śmierć tańczącą z wszystkimi
stanami. Od papieża do chłopa. W upiornych tańcach księża, mnisi, żołnierze,
cesarze, kupcy, żebracy czy papieże tańczą razem. Są równi a ich równość
podkreślają wierszowane napisy. Szokująca to teza – wieśniak równy w śmierci
cesarzowi. Jakże naiwne ale też jakże rewolucyjne w tamtych czasach. Obraz
śmieci. Dobrej Pani równo tratującej wszystkich. I z czułością zajmującą się
wszystkimi.
„Różnych stanów piękne grono
Gęstą śmiercią przepleciono
Żyjąc wszystkie tańcujemy
Aże obok śmierć, nie wiemy.”

„Szczęśliwy kto z tego tańcu
Odpocznie w Niebieskim szańcu
Nieszczęsny kto z tego koła
W piekło wpadłszy biada woła.”

Warto może też przypomnieć sobie śmierć w obrazach Malczewskiego. Łagodnie
dotykająca oczu oczekującego jej z tęsknotą człowieka.
I może uświadommy sobie losy pośmiertne Poznaniaków. Jak bezwzględnie czas i
ludzie potraktowali groby naszych poznańskich przodków. Kto wie, kto leży na
skrzyżowaniu Garbar i Solnej. Kto wie kto leży pochowany na cmentarzyku na
skrzyżowaniu ul Wodnej i Ślusarskiej – pod brukiem. Co stało się z grobami w
Katedrze. Co spowodowało, że Prusacy płyty nagrobne z Katedry wykorzystali do
wzmocnienia koryta Cybiny. Jak potraktowano trumny z szczątkami poznaniaków w
podziemiach Fary (na szczęście nie w całości – niewielka część przetrwała).
Nawet nie wiemy gdzie pochowano Skrzetuskiego (pierwowzór bohatera
Sienkiewicza) i nasza wiedza pochodzi tylko z jego testamentu. Dlaczego
likwidowano stare Poznańskie cmentarze: przy Towarowej, wzdłuż ul. Królowej
Jadwigi, cmentarze żydowskie przy Placu Wolności czy Głogowskiej, Cmentarze
przy Obornickiej. Przetrwał choć mocno zniszczony cmentarz farny na Wzgórzu św.
Wojciecha. A wiecie, że nawet ten cmentarz miał być splantowany na korty
tenisowe???? Na szczęście przestraszono kacyków grobami ofiar zarazy, które tam
są.
Dlaczego Poznań miał takiego pecha jeśli chodzi o upamiętnianie swoich wielkich
zmarłych. Owszem mamy krypty pod św. Wojciechem. Ale gdzie są szczątki
Cegielskich, Bentkowskich czy innych bohaterów Najdłuższej Wojny Europy? Gdzie
są szczątki Strusia czy wielkich burmistrzów Poznańskich? Gdzie groby pisarzy
kronik poznańskich – Winklera i innych? Gdzie jest grób Lubrańskiego – owszem w
katedrze – ale gdzie? Gdzie są groby książąt piastowskich?
Ile jeszcze tych pytań można zadać?

Dzisiaj nie pierwszy listopada – ale czy nie warto nad tym się zastanowić.
Faktycznie „Marność nad marnościami” - Vanitas vanitatum.

I to by było wszystko.
  Kruszka do Bebiaczka
Dzień dobry Bebiaczku. Smutno i szarawo, ale się nie poddaję, wiesz…nie spałam
dzisiaj całej nocy – żeby zdobyc to mieszkanie zapożyczyłam się okrutnie, od
szefa, od znajomych – i co będzie jeżeli… właśnie.
Przemyślałam sprawę… są w Szczecinie jeszcze inni deweloperzy, są już
wybudowane mieszkania nowe, są mieszkania używane…. I też są poddasza, które
tak kocham.
Właśnie Bebiaczku – nie kupuje się mieszkań jak świeże bułki… wydaje mi się, że
ci Państwo nieładnie ze mną zagrali, po prostu tak czuję – zaczęłam wypytywać,
drążyć, sprawdzać – może zaczęłam być niewygodna????
Ich przeszłość rysuje się naprawde brzydko –oszukali wiele ludzi, tak się
akurat składa, że znajomy mojej koleżanki, jest czymś w rodzaju radcy prawnego?
I popytał tylko znajomych.. Okazało się, że renoma to nic innego jak „zielone
wzgórze” i wiesz Bebiczku, nawet taki napis mi wyskoczył, jak biuro przesyłało
mi dokumenty faksem…Najlepiej tak jest –jak się kogos oszuka, to założyć nową
firmę i oszukiwać dalej….
Dzieki za post w którym radziłas Pipi co ma robic, to też otworzyło mi oczy
Widzisz Bebiaczku - u nas dokladnie moze byc tak samo. w paragrafie 4 firma
jest obciazona hipoteka banku. mozna miec a akcie notarialnym ze wydziela
hipoteke a potem jedno wielkie g....
moze i byc dobrze, ale jakie sa szanse ze bedzie dobrze, skoro juz tyle wiem?
-oszukali innych ludzi jako zielone wzgorze.
-zmienili nazwe na renoma... po co? zeby ukyrc jak wczesniej sie nazywali
-wymuszaja na mnie natychmiastową umowe przedwstepną i wpłate 5%
-nie określają wartości gruntu który przypada na mój lokal
-nie okreslaja konkretnego terminu sprzedaży
-nie wiem jak wyglada ich spłata wobec banku
jest za dużo tych ALE...
reszte pieniędzy miałam wpłacic przy odbiorze lokalu. Dokładnie tak to jest
napisane w umowie przedwstępnej.
Dzieki niuniu, że rzucasz mi hasła, jednak postapię jakbys i ty postapiła – dam
sobie z nimi spokój.
Za dużo mam wątpliwości. Zaczynam szukać innego mieszkanka..
Mam pytanie Bebiaczku – jak wygląda sprawa z kupnem mieszkania na rynku
wtórnym?
Czy pośrednik licencjonowany gwarantuje sprawdzenie nabywanego przezemnie
mieszkania?
Na co uważać? Czego się wystrzegać???
Zaczynam od nowa.
A dzieki Tobie, uchroniłam się może przed największym moim błędem. Czas
pokaże.
Dziękuję ci że jesteś. Cyt. Szereg dni kiedy nic się nie udaje wszystko jest
bez sensu albo niemożliwe. Nagle budzisz się rano i swiat wyglada już jak
trzeba. Jakby aniołowie ustawili go od nowa specjalnie dla ciebie. ..
p/s nie masz jakichs tam powiązań z tymi skrzydlatymi na górze? Dajesz mi
mnóstwo wiary w to co się dzieje.
kruszka
  pozdrowienia z Libanu
W gościnie u pustelników
W gościnie u pustelników

Krzysztof Umiński 29-05-2006, gazeta.pl - turystyka

Nie mam zasięgu w telefonie, zdejmuję z ręki zegarek. Nie będzie potrzebny,
czas przetrwał tu w formie sprzed epoki tarczy i wskazówek

Ta podróż zaczęła się od miast - Aleppo i Damaszku. Syryjskie ulice od
pierwszych chwil atakują zmysły, zwłaszcza węch i słuch. Zgiełk klaksonów
używanych w każdym celu - od powitania po inwektywę - miesza się ze śpiewem
(ściślej: czytaniem) muezinów, arabskim popem ze sklepów muzycznych, jazgotem
przekupniów i stukotem szewskich młotków na rzemieślniczej ulicy. Zapach mydła
z oliwy przenika się z wonią przypraw o nieznanych nazwach, ziaren kawy,
tytoniu, świeżego drewna, korzeni, perfum i kadzideł. Z naklejek na
samochodach, ze sklepowych witryn i plakatów patrzą niebieskie oczy nieżyjącego
dyktatora Hafeza al Assada i jego łagodniejszego syna, obecnego prezydenta
Baszira. Wrześniowe słońce oślepia, spowalniając myśli i gesty.

Po tygodniu damasceński zgiełk staje się uciążliwy, więc usłyszawszy o
pustynnym klasztorze Mar Musa, postanawiamy zostawić miasto i ruszyć w
poszukiwaniu zagubionej ciszy.

***

Z peryferyjnego dworca mikrobusowego w Damaszku jedziemy do miasteczka an Nabk
(80 km na północ). Tam wysiadają wszyscy pasażerowie. Za dodatkową opłatą
kierowca zgadza się zabrać nas tak daleko, jak tylko można dojechać w kierunku
klasztoru. Po piętnastu minutach jesteśmy na miejscu. Od nagrzanego asfaltu
bije żar, powietrze drży w słońcu. Za plecami mamy pustynię, przed sobą góry.
Kilkaset metrów wyżej widać przyklejone do kamiennych zboczy budynki klasztoru.
Zarzucamy plecaki i wstępujemy na wykute w skale schody.

Według danych archeologicznych Deir Mar Musa ("deir" znaczy po
arabsku "klasztor") powstał w połowie VI w., zaś - jak wynika z napisów
wyrytych na murze - obecny kościół wzniesiono w 450 roku kalendarza
muzułmańskiego (księżycowego, liczonego od hidżry, czyli ucieczki Mahometa z
Mekki do Medyny w 622 r. n.e.), czyli w 1058 r. po Chrystusie.

Istotnie klasztor przywodzi na myśl średniowiecze i wydaje się, że zza załomu
skały lada moment wyłoni się szczupła postać Wilhelma z Baskerville. Na
zadaszonym tarasie witają nas jednak ubrani w dżinsy młodzi Arabowie i
Francuzka Tiphaine, która przyjechała dwa dni temu i zostaje na pół roku.
Proponuje, że oprowadzi nas po kaplicy i opowie o dziejach wspólnoty.

W połowie XIX w. mnisi porzucili klasztor. Odtąd stał niezamieszkany. W 1982 r.
do Deir Mar Musa przybył jezuita Paolo Dall'Oglio, który stworzył koncepcję
odbudowy miejsca w oparciu o trzy wartości: modlitwę, pracę fizyczną i
gościnność. Dwa lata później rozpoczęły się letnie obozy religijne, podczas
których uczestnicy restaurowali kościół; w 1991 r. mnisi i mniszki na nowo
osiedli w klasztorze.

Deir Mar Musa zajmuje szczególne miejsce na mapie współczesnego ekumenizmu.
Żyją tu razem pustelnicy obojga płci należący do trzech Kościołów:
rzymskokatolickiego, katolickiego syryjskiego i grecko-prawosławnego.
Towarzyszą im wolontariusze, głównie z Europy i Bliskiego Wschodu, którzy (tak
jak Tiphaine) chcą rozwijać się duchowo, pracując we wspólnocie. Zgodnie z
zasadą sformułowaną przez księdza Paolo przyjmuje się gości reprezentujących
różne wyznania, a także agnostyków i ateistów. Warunki pobytu to zachowanie
ciszy (choć nie wymaga się bezwzględnego milczenia) i udział w pracach, np. w
kuchni lub przy budowie.

Po wizycie w kaplicy idziemy do oficyny dla gości. Z położonego przed nią
tarasu rozciąga się widok na pustynię. Wokoło cisza, skały i piasek. Nie mam
zasięgu w telefonie, zdejmuję z ręki zegarek. Nie będzie potrzebny, czas
przetrwał tu w formie sprzed epoki tarczy i wskazówek.

***

Jest 14 września. Dobrze trafiliśmy - tego dnia w Kościołach wschodnich
obchodzi się Święto Podwyższenia Krzyża Świętego upamiętniające odnalezienie
relikwii krzyża (w Kościele zachodnim posługującym się kalendarzem
gregoriańskim uroczystość ta przypada trzynaście dni później). Według tradycji
krzyż znalazła w 326 r. św. Helena, matka cesarza Konstantyna Wielkiego.
Powiada się, że by przekazać radosną wieść, rozpalono wówczas ognie na
wzgórzach od Jerozolimy do Rzymu. Dziś mnisi powtarzają ten gest.

Kiedy zapada zmrok, wspinamy się w górę doliny. Tam czeka już drewniany krzyż
obłożony stosem gotowym do podpalenia. Siadamy na głazach i kapłan czyta coś po
arabsku. Potem zebrani zaczynają śpiewać, głosy odbijają się od ścian wąwozu.
Nad nami niebo, gwiazdy, połówka księżyca. Ciemności skrywają szczegóły
otoczenia, nie widzę ubrań i twarzy pozostałych. Arabski brzmi obco, nie trzeba
więc nawet zamykać oczu, by wyobrazić sobie, że cofnęliśmy się o kilkanaście
wieków, w czasy pierwszych zgromadzeń monastycznych. Śpiew kończy się i zapada
milczenie, czas medytacji. Nie wiem, jak długo siedzimy. Godzinę? Półtorej?
Wreszcie Arabowie podpalają stos i polewają ogień benzyną. Krzyż płonie. Dziwny
widok, kojarzy się raczej z obrzędami Ku-Klux-Klanu pokazywanymi w
amerykańskich filmach. Znów zaczynają śpiewać, potem opowiadają, czym jest dla
nich krzyż. Odzywa się też chudy Belg, który przybył parę godzin wcześniej: -
Wciąż nie wiem, czemu palimy krzyż, ale mam nadzieję, że wszystkie konflikty i
nieporozumienia między kulturami spłoną w tym ogniu.

Po skończonym obrzędzie zbieramy się na kolacji. Siadam koło Belga. Ma na imię
Sebastien, pochodzi z Gandawy. W Wielkanoc 2005 r. wyruszył ze swojego miasta
do Jerozolimy na samotną pielgrzymkę w intencji pokoju między religiami. Od
tego czasu pokonał grubo ponad 5 tys. kilometrów (zużył dwie pary butów),
przemierzywszy Niemcy, Austrię, Węgry, Chorwację, Serbię, Rumunię, Bułgarię,
Turcję, Syrię. Przed nim Jordania i oczekiwany Izrael. Po drodze spotyka ludzi
różnych kultur i różnych wyznań, poznaje ich i siebie. Mówi, że marsz to
komunikacja. Że droga biegnie horyzontalnie (trasa) i wertykalnie
(doświadczenie wewnętrzne), a te przecinające się ścieżki tworzą krzyż. Słucham
z uwagą, a gdy Sebastien proponuje wspólny marsz do odległej o niespełna 50 km
Maaluli, zgadzam się od razu.

***

Następny dzień spędzamy w dolinie, nosząc kamienie na budowę, czytając,
spotykając się na posiłkach. A potem nadchodzi czas wymarszu. Dziękuję mnichom
za gościnę i na pożegnanie wręczam im "Jadąc do Babadag" Andrzeja Stasiuka,
niech trafi do klasztornej biblioteki (jeszcze nie wiem, że za miesiąc książka
dostanie nagrodę Nike).

Pora ruszać - w górze słońce, przed nami wąska ścieżka.
  Izraelski mur uderza w chrzescijan... :(
Izraelski mur uderza w chrzescijan... :(

Jerozolima - Dla Helmuta, dozorcy w hospicjum Matki Boskiej Bolesnej „słońce
wstaje teraz o 11”. Dopiero o tej godzinie wznosi się ponad ośmiometrowy mur,
który Izraelczycy postawili po drugiej stronie ulicy, na przeciwko bramy
religijnej instytucji, położonej we wschodniej części miasta, po drugiej
stronie Góry Oliwnej.

Ze swego biura siostra Marie-Dominique Croyal widzi tylko gigantyczne bloki
betonu. I ani mściwe, ani humorystyczne napisy na tej ścianie nie wywołują jej
uśmiechu (np. „Od getta w Warszawie do getta w Abu Dis”; „Budujcie miłość nie
mury”; „Mur wojny + wstyd = ściana płaczu”). Według przełożonej hospicjum „ten
mur to katastrofa, bo rodziny jej pięćdziesięciu wiekowych palestyńskich
pensjonariuszy mieszkają po drugiej stronie, tak jak i pracownicy. Niektórzy
nie mają przepustek, więc nie mogą pracować”.

Koszmar zaczął się 11 stycznia. Bez żadnego uprzedzenia przyjechały nagle
wielkie maszyny budowlane, żeby zbudować to, co Palestyńczycy nazywają „murem
apartheidu”. Zbudowano długi odcinek i ,jak mówi siostra Marie-Dominique, „nie
można już robić zakupów w Betanii, Palestyńczycy przechodzą więc przez naszą
posiadłość by dojść do Jerozolimy. Wtedy gonią ich izraelscy żołnierze i
wpadają tu żeby wystrzelić granaty z gazem łzawiącym. Ludzie są wyłapywani, a
my możemy tylko zamknąć oczy. Życie jest już dla nich tak trudne, tak
niemożliwe. Ciągle ich upokarzają. Ustawiają ich pod murem zmuszając do
patrzenia w słońce. Każą im zdejmować ubrania, żeby na ich oczach czyścić nimi
opancerzone dżipy, potem rzucają je im pod nogi. I nic nie można zrobić, nic.
Nikt nam niczego nie mówi. Nie wiemy czy zrobią furtkę w murze. To jasne: chcą
zahamować wszelką możliwość poruszania się, chcą po prostu opróżnić Wschodnią
Jerozolimę.”

Siostra Marie-Dominique jest oburzona i zastanawia się jak będzie działać jej
hospicjum kiedy budowa muru zostanie zakończona. Po drugiej stronie nie ma ani
jednej przychodni ni szpitala. Na razie na wzgórzach widać tylko kawałki
powstającej ściany, ale życie mieszkańców i komunikacja są już kompletnie
zdezorganizowane. Trzeba chodzić pieszo kilometrami, żeby te przeszkody
okrążyć. Ci, którzy mieli domy na wzgórzach, zostali z nich wyrzuceni.

Ten wschodnio-jerozolimski mur połączy się w końcu z murem zbudowanym wokół
Betlejem by, według oficjalnej wersji, zapewnić bezpieczeństwo Izraelczykom.
Ale u stóp Góry Oliwnej, na jej wschodnim stoku, trasa muru przebiegnie przez
liczne, stare religijne posiadłości. Teren hospicjum Matki Boskiej Bolesnej
pozostał w całości, ale tereny innych instytucji należących do
chrześcijańskich zakonów, do braci franciszkanów, prawosławnych, sióstr
miłosierdzia itd., wszystkie zostały częściami pozajmowane pod przyszły mur,
który ojciec Claudio Ghilardi nazywa „ścianą wstydu”.

Ojciec Ghilardi prowadzący ośrodek pomocowy dla najbiedniejszych rodzin
opowiada noc świętego Mikołaja, 6 grudnia 2003, kiedy nagle, bez żadnego
ostrzeżenia, opancerzone buldożery zrównały z ziemią kamienne ogrodzenie ich
kościółka. „To pogwałcenie konkordatu między Watykanem i Izraelem, jak też
elementarnej zasady szacunku dla miejsc świętych”. Nic się od tamtej pory nie
zmieniło, tyle, że nuncjusz papieski, arcybiskup Pietro Sambi oficjalnie
protestował i złożył skargę.

„Widzi pan tam tę szkołę sióstr z Nigrizii, zostanie od nas oddzielona” –
denerwuje się ojciec Ghilardi. „Nasza społeczność jest rozcięta na pół. Na
dodatek ten teren jest strefą archeologiczną. Jest tu siedemnaście
starożytnych zbiorników na wodę i groby pierwszych chrześcijan. Proszę
spojrzeć, cztery zostały już całkiem odkryte. Niszczenie tego to przestępstwo
przeciw ludzkości. Pokazuje kawałki odnalezionych naczyń z gliny, resztki muru
z czasów sięgających Jerycho, słup graniczny zbudowany za czasów obecności
brytyjskiej. „Na dodatek Izraelczycy zarzucają nam, że pozwalamy przechodzić
Palestyńczykom przez nasze podwórko. To nielogiczne i skandaliczne, bo
wzbrania się im prawa do ochrony zdrowia, do nauki i do modlitwy w naszych
kościołach. Dwa tysiące wiernych mieszka odtąd po drugiej stronie muru.”

Youssef Radouane mieszka nieco niżej. Jego dom jest faktycznie przyklejony do
izraelskiego posterunku. Izraelczycy zamknęli drogę zostawiając jedyne
przejście szerokości 45 centymetrów dla posiadających przepustki. Teraz żeby
dojechać samochodem do Jerozolimy trzeba zrobić dodatkowe 17 kilometrów, choć
jest pod samym nosem. U sióstr miłosierdzia od św. Wincentego a Paulo cały tył
terenu jest odgrodzony przez mur. „Ale co możemy zrobić? Po prostu zamykamy
oczy patrząc przez okno, mówi przełożona siostra Józefina. „Kiedyś ten mur
zniknie. Dobry Bóg nie pozwoli na coś takiego. Nie można już wytrzymać tego
nieszczęścia naokoło. W końcu Szaron odejdzie. Wtedy będą sprzedawać kawałki
muru na pamiątkę, jak w Berlinie.”

Siostra Loudy opłakuje swój ogród, swoje zniszczone drzewa cytrynowe, drzewa
oliwne wyrwane z korzeniami przez wielkie maszyny, by zrobić miejsce dla
zakurzonego pasa ziemi i muru, który zasłania niebo. „Mówili nam, że wybiją w
nim furtkę, ale kto będzie miał klucz, kogo o niego prosić żeby dojść do
naszego sadu figowego po drugiej stronie?”. Siostry kierują sierocińcem i
organizują wakacyjne kolonie dla małych Palestyńczyków. Zastanawiają się co
teraz będzie, bo rodziny podopiecznych i pracownicy również zostali po drugiej
stronie muru.

Franciszkanom, mówi ojciec Rocardo, Izraelczycy skonfiskowali jeden hektar.
Trochę mniej prawosławnym, ale z powodu szarego muru bezpowrotnie stracili
widok , który poprzez judejską pustynię rozciągał się aż do Morza Martwego.
„Proszę pamiętać, że Bliski Wschód to ziemia niespodzianek – mówi ojciec
Innocenty – więc ten mur, jak wszystkie mury, musi runąć”. Jednak póki co jego
budowa postępuje wielkimi krokami.

Michel Bole-Richard
Le Monde 30/04/2004
  ZAMYŚLENIA... ZADUMANIA
A to znacie??
"Na wieży furgotał blaszany kogucik
na drugiej - zegar nucił.
Mur fal i chmur popękał
w złote okienka:
gwiazdy, lampy.

Lublin nad łąką przysiadł.
Sam był -
i cisza.

Dokoła
pagórków koła,
dymiąca czarnoziemu połać.

Mgły nad sadami czarnemi.
Znad łąki mgły.
Zamknęły się oczy ziemi
powiekami z mgły.

We mgle nie słychać kroków, które zbliżają wędrowca. Ku miastu rodzinnemu.
Ścieżyny polne pęcznieją,nabrzmiewają w drogi, a te znów rozlewają się szeroko
wśród falistych pól. Szosą się toczy. Zrywający się wiatr szumi w kłosach.
Północ niedaleko, a jeszcze, ktoś wodę ze studni ciągnie. Żuraw słychać.
Jeszcze wiejsko tu. Jeszcze wiejsko. Księżyc goni wśród chmur. Mgła rzednie.
Wędrowcze, oto już kręte uliczki starego przedmieścia, Wieniawy. Dawniej, gdy
winnice opinały te wzgórza, nazywano je: Winiawa. Idąc dziś między cieniami
ruder i zapadłych w ziemię domostw myślisz, wędrowcze, o tym tylko, że miasto
kochane już cię ogarnia i tuli.

Ciemniej.
Pagóry, zagaje, podłęża
nie sypią się wiankami na oczy.
Ciemniej.
Z nieb czeluści otwartej na ścieżaj
biegną ciche niedźwiedzie nocy.

Nad ulicami, rzędem,
czarne, kosmate,
będą się tarzać po domach do chwili,
gdy księżyc wybuchnie zza chmur, jak krater.
Świat ku światłu przechyli.

Blachy dachów dudnią bębnem.
W dół, w górę, nierówno się kładzie
perłowy lampas:
w prostopadłej gromadzie
przedmieścia lampy.

Przeciw niedźwiedziom to mało!
Gną się, kucają domki, zajazdy, bożnice
pod mroku cichego łapą.
Ach! Trzasnęłyby niskie pułapy!...
... ale już zajaśniało.
Pejzaż: Wieniawa z księżycem.

Wędrowcze, masz towarzysza. Księżyc w pełni, serbrny, daleki pójdzie odtąd za
twoimi krokami. Powiedzie cię do miasta umarłych, gdzie twoi bliscy leżą po
głazami i darnią. Osrebrzy ci stare kamienice w rynku, widma ukaże w kościele
na Zamku, wreszcie znowu cię w pola wywiedzie przez ulicę Szeroką, przez
Kalinowszczyznę i Czwartek.
To jest księżyc, towarzysz. Niech sobie poeci mówią: tarcza, gołąb, srebrny,
korab nadziemski. Dla ciebie to jest po prostu księżyc. Może nawet księżyc z
Twardowskim, może ze Świętym Jerzym. Bo przecież świecił taki sam nad ulicą,
gdy matka opowiadała ośmioletniemu: Święty Jerzy tam ze smokiem walczy. Bo
przecież to tu było w tym mieście, do którego wracasz, jak syn marnotrawny.
Wiatr, znowu wiatr się podrywa. Obaj, on i księżyc, ku cmentarzowi idą. Do
ojców. A wiatr głosy jakieś przynosi od wieżyc miasta.

Zegary, twarze nocy niewesołe,
hasło podaj: pół - noc, pół - noc...
Dołem
place konopne, lniane,
ulice - długie mroku czółna,
lamp łańcuchami spętane.

U krańca Lublina czworokąt czarny
Szumem poemat wiatrów skanduje.
Klony, brzeziny, kasztany, tuje
obsiadły wyspę umarłych.

Aleje głuche mamrocą nocą, jak rynny.
Blask blady gwiazdy samotnej opiera się o cień,
o bluszcz, żałobny barwinek,
paprocie.

Krzyże z marmuru, anioły brązowe srogo
stanęły na piersiach trumien.

Pieje kogut.

Napisy z bramy cmentarza w pamięci zakarbuj, zatnij:
"Oto teraz w prochu zasnę - z prochu wstanę w
dzień ostatni"...

Napojony smutkiem, zamyślony i o świecie niewiedzący idzie wędrowiec miastem. A
ono głuche. W głównej ulicy tu i ówdzie rozmowa spóźnionych przechodniów, tu i
ówdzie brama zamykana trzaśnie.
Kroki jego spadają na kamienny bruk, mechaniczne, nieważne. A przecież idzie
wśród dobrze mu znanych murów. W blasku latarni wzrok zadumanego mógłby
odczytywać napisy na sklepach.
W tym, narożnym, kupiono mu trąbkę dziecinną, gdy był maleńki. Przy tamtym
żegnał się z matką i siostrą, wyruszając na front. A oto i dom, w którym
przeżył chwile najłagodniejsze. Na drugim piętrze okno jest otwarte.
Ktoś na pianinie gra.
A teraz ciemność. To nie księżyc skrył się w obłokach. To ogarnął cię,
wędrowcze, mrok Bramy Krakowskiej. Zbudź się, zbudź, patrz dookoła! Za chwilę
wejdziesz na rynek

Kamienie, kamienice,
ściany ciemne, pochyłe.
Księżyc po stromym dachu toczy się, jak nisko.
Zaczekaj. Zaczekajmy chwilę -
jak perła
wypadnie w rynku miskę -
miska zabrzęknie.

W płowej nocy,
po kątach nisz głębokich
po bram futrynach i okien
załamany,
bez mocy,
cień fiołkowy uklęknie.

Gwiazdy żółte, które lipcowy żar ściął,
lecą - kurzawą - lecą,
firmament w złote smugi marszczą,
za Trybunałem
na ślepych szybach świecą
cichym wystrzałem.

Noc letnia czeka cierpliwie,
czy księżyc spłynie, zabrzęknie,
czy zejdzie ulicą Grodzką w dół.
On się srebrliwie rozpływa
w rosie porannej, w zapachu ziół.
Jak pięknie!

No, do ranka jeszcze daleko, choć w lipcu świty są tak wcześnie. Możesz jeszcze
długo tu stać i chłonąć nocne uroki.
Rynek. Tu dom Acerna, tu kamienica Sobieskich. A ot i narożnik ze lwami z
kamienia. Tu chodziłeś do szkoły. Pamiętasz, bo jakże by nie pamięta! Toż to tu
właśnie, a nie gdzie indziej przeżyłeś pierwszą chwilę poezji, wieczorem
słuchając starego miasta.
Zamień wspomnienie w wiersz. Same pojęcia: wspomnienie i poezja są sobie
bardziej bliskie."

Oto wiersz:
Niebo odmienia się, choć wieczór nie ścichł,
wiatr jeszcze szepce, nim uśnie.
Niebo fioletem szeleści.
Wiatr - już nie wiatr - uśmiech.

Z ulicy Dominikańskiej śpiew chóru,
dziewczęta chwalą Marię,
Z Archidiakońskiej do wtóru
samotnych skrzypiec arie.

Domów muzyczne milczenie
złączone z tęczy łukiem
na czoło kościoła promieniem
opada, jak pukiel.

A teraz ktoś ciszę napiął,
bije w nią pięścią ze spiżu.
Dzwon wieczorny
mocą metalu kapiąc
zaczyna grać pod kościelnym krzyżem:

raz - i dwa - i trzy
  so sprowadza panią Elę do Suchej?
Polskie ślady w Teksasie
W jesienny wieczór przy świecy możecie przeczytać moją opowieśc. Zachowajcie
ją dla swoich dzieci i wnuków.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Teksanska epopeja

Będzie to historia jednego życia wplątana w losy dwóch narodów.

Michał Dembiński urodził się 20 września 1800 roku w Jedwabnie kolo Gronowa
pod zaborami, w byłych Prusach Zachodnich. Pochodził z polskiej, patriotycznej
rodziny. Jego dziadek, walcząc za czasów Napoleona, za swoje zasługi otrzymał
wieś Wielk¹ą Ląkę na Pomorzu.
Młody Michał w 1834 roku znalazł się w Warszawie i zapisał się tam do tajnego
towarzystwa patriotycznego. Kiedy wybuchło powstanie 1830 roku, stanął pod
bronią wraz z bratem Wawrzyñcem. Powstanie Listopadowe upadło. Nasz bohater
został uwięziony w twierdzy Grudziądz, gdzie odwiedzali członkowie rodziny,
rodzice i rodzeństwo. Uwolniony został zmuszony do opuszczenia Kraju. W
pazdzierniku 1831 przekroczył granicę pruską, udając się do Francji. Po kilku
latach pobytu, 9 kwietnia pożegnał gościnny dla Polaków kraj i z Marsylii, z
tysiącem polskich tułaczy udał się na dalsze wygnanie.
Pierwsze miesiące w Ameryce były dla wielu bardzo trudne, mimo szczerej pomocy
Amerykanów, a był między nimi również pisarz Cooper, autor "Prerii" i "
Ostatniego Mohikanina". Na hasło rzucone przez generała Sam Houston 25
polskich oficerów- powstańców zimą 1835 roku pod wodzą pułkownika James Walker
Fannin podążyło do Teksasu, by nieść pomoc jego mieszkańcom w nadciągającej
wojnie z Meksykiem.
Punktem zbornym był fort w Refugio - Teksas- , gdzie generał Houston wygłosił
podnios³ą odezwę do licznych żołnierzy, którzy pochodzili z różnych stron
świata. Podzieleni na kilka oddziałów udali się w różnych kierunkach. Część z
nich broniła i poległa w ALAMO.
Czterech Polaków - Franciszek i Adolf Pietrusiewicz, Jan Kortycki oraz Michał
Dembiński zostali przydzieleni 28 stycznia 1836 do artylerii. Wszyscy czterej,
przygotowując siê na atak zbliżającej się dwutysięcznej armii meksykańskiego
generała Santa Anna, odbudowali i umocnili fort La Bahia w małym miasteczku
Goliad. Zapadła w końcu decyzja opuszczenia fortu. Oddział liczący 500
żołnierzy wyruszył w prerię. Mogli uczynić to niepostrzeżenie, sprzyjała im
mgła. Wieczorem w pobliżu Coleto dochodzi do zaciekłej bitwy. Ginie kapitan
artylerii Franciszek Pietrusiewicz. Przewaga Meksykanów jest zbyt duża i
dochodzi do zawieszenia broni. Michał Dembiński, wraz z 400 wziętymi do
niewoli, zostaje przetransportowany do fortu na samotnym wzgórzu, La Bahia.
Ranni zostają umieszczeni w małym kościółku w obrębie fortu. Jest tak ciasno,
że z trudem mogą stać. Głodni, pozbawieni opieki lekarskiej, nawet wody,
cierpią katusze.
Po dwóch tygodniah dowódca armii meksykańskiej Santa Anna przesyła rozkaz,
któremu generał Portilla poddaje się. Obiecano wprawdzie więzionym wolność,
ale Santa Anna nie ma zamiaru dotrzymać słowa. 27 marca uwięzieni zostają
podzieleni na cztery oddziały i każdy z nich udaje się w przeciwnym kierunku.
Wszyscy są przekonani, że prowadzi ich droga do domu. Pokonują kilka mil,
kiedy nagle pada rozkaz - stój! - Meksykańscy żołnierze ustawiają się w
pozycji bojowej i oddają pierwsze strzały. Panika, rozpacz, śmiertelny krzyk.
Osłabieni dwutygodniowym więzieniem Teksańczycy, nie mają siły bronić się.
Następuje masakra. Prawie wszyscy giną. Udało się zbiec 60.
W tym czasie w forcie, w tę słynną w historii Teksasu Niedzielę Palmową,
wyprowadzają na plac skazań pułkownika Fannina, zawiązyją mu oczy, choć
przyrzekano mu, że oszczędzą jego godność i nie zrobią tego, odbierają rzeczy
osobiste, zegarek, który miał być oddany jego żonie. Chwiejny w swoj
decyzjach, młody 32-letni pułkownik Fannin, oddaje swe życie za Teksas.
Pozostali ranni zostają rozstrzelani zaraz po nim. Wsród nich tracą życie
polscy oficerowie, z nimi nasz Michał Dembiński.
Podobnie jak w Alamo, ich ciała palone są na stosie, pozostawione własnemu
losowi. Potem wilki roznoszą ich kości po prerii.
Z palca Michała Dembińskiego meksykañski żołnierz po jego śmierci zdjął
rodowy pierścień. Udaje się go odzyskać po zwycięskiej bitwie pod Jacinto,
podaczas której zasłużył się polski oficer Wardziński, biorąc w niewolę samego
generała Santa Anna.
Nieliczne książki historyczne wspominają Polaków. Jedna z nich to " The Polish
Texans" ( "Polscy Teksańczycy") została napisana przez T.Linsay Baker w 1082.
Piękną nowelę, opisującą tamte dramatyczne dzieje, stworzyła Elizabeth Crook,
z pochodzenia Polka, zamieszkała w Austin w Teksasie - "Promised Land"
("Ziemia Obiecana") w 1994 roku.
Każdego roku odbywają się w Goliad obchody upamiętniające masakrę w Goliad.
Dwukrotnie uczestniczyłam w nich i miałam okazję złożyć biało - czerwone
kwiaty pod pomnikiem, na którym widnieją polskie nazwiska.
W tym maleńkim miasteczku na południu Teksasu są ślady polskie.
W zrekonstruowanym kościółku znalezć można w nawie bocznej przy wejściu obraz
Matki Boskiej Czestochowskiej, narodową flagę polską i flagę powstańców, na
której widnieje napis " ZA WOLNOSC WASZA I NASZA - WOYSKO POLSKIE 1830".
Naoczni świadkowie, uratowani z masakry w Goliad, w swoich zapiska wspominają,
że było wśród nich " four tall Poles". Nazwisko Michała Dembińskiego pojawia
się w kilka miesięcy po egzekucji 27 marca jesienią 1836 roku w gazecie
teksańskiej "TELEGRAPH", w pracy historycznej Mirabeau Buonaparte Lamar,
uczestnika wojny teksańskiej i jego towarzysza broni, Duvala.
Powstaje Republika Teksau, kraj nie połączony jeszcze z Ameryką. Na fladze
widnieje do dziś " Samotna Gwiazda" - LONE STAR.
W piętnaście lat po pamiętnych wydarzeniach Rząd Teksasu nadał spadkobiercom
tych, którzy zginęli w Alamo i Goliad liczne ziemie. Spadkobiercy Michała
Dembińskiego otrzymali w hrabstwie Witchita, Dimmitt, Titus i Donley. Na dwóch
działkach wytrysła nafta, ale o tym w następnym odcinku "Tryptyku".

Remember Alamo - Remember Goliad

My pamiętajmy, że i tam byli Polacy.

Elżbieta Gawlas

Toronto 8 pazdziernik 2003

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Piersza część "Tryptyku" ukazała się w miesięczniku " Infonurt " w numerze
pażdziernikowym pod tytułem " Sierpniowe wspomnienia". Możecie je znależć na
portalu zaprasza.net str.10
  A przecież tam leżą nasi sąsiedzi !!!!!!!!!!!!!!!
A przecież tam leżą nasi sąsiedzi !!!!!!!!!!!!!!!
Żołnierze Cahalu porządkowali miejsce pamięci
16-06-2006

150 oficerów armii izraelskiej z grabiami i szczotkami porządkowało w zeszłym
tygodniu otoczenie pomnika ofiar Holocaustu w Grabówce pod Wieliczką. -
Czułam wstyd, kiedy ci żołnierze sprzątali cmentarz - przyznaje Magdalena
Czuja z wielickiego starostwa.

Wiekowy kirkut leży w miejscowości Grabówki opodal dawnej dzielnicy Żydów
wielickich Klasno. Z Wieliczki wiedzie tutaj gruntowa droga. Żadnych
tabliczek informacyjnych, drogowskazów. Dojście do mogił pokazują miejscowi.
Przez pół wieku na cmentarnym wzgórzu wyrósł okazały las. Splątane zarośla
kryją resztki zabytkowych macew, których nie wywieźli Niemcy, a potem nie
rozbili i nie rozkradli okoliczni wandale. Wszędzie puste butelki, puszki po
piwie, papiery, na niektórych nagrobkach antysemickie rysunki i napisy.

- Przed wojną to było piękne miejsce. Zadbane alejki, równo przycięta trawa,
marmurowe nagrobki. Ogrodzenie z kamiennych łupków miało metr wysokości -
wspomina 73-letni Zbigniew Gazek, emerytowany pracownik pobliskiej kopalni
soli. Jego pole graniczy z kirkutem. Przyjezdni coraz częściej pytają o
drogę. Większość to obcokrajowcy podążający żydowskimi śladami po Polsce.

- Człowiek teraz świeci oczami, że tak zaniedbaliśmy cmentarz, a przecież tam
leżą nasi sąsiedzi - narzeka starszy mężczyzna.

Granitowy obelisk ku czci pomordowanych postawiło po wojnie kilku ocalałych
wielickich Żydów. Katz, Zellner, Goldman, Kichler, Sznur - uwiecznili na
postumencie nazwiska zabitych krewniaków. Póki żyli, dbali o otoczeniem.
Potem pomnik poszedł w zapomnienie. Nieznane ręce dały radę nawet stalowym
rurom w ogrodzeniu. Ktoś uszkodził kamienne gwiazdy Dawida na obelisku i skuł
wyraz "polskich" w napisie: "Pamięci ponad tysiąca Żydów polskich
zamordowanych w Wieliczce przez oprawców hitlerowskich w latach 1939-42".

- Najbardziej martwi nie to, że jacyś chuligani zdewastowali ten cmentarz,
ale to, że nikt dotąd nic nie zrobił, żeby odnowić pomnik. Jakby tutaj nie
pochowano obywateli Polski - mówi Adam Aptowicz, 73-letni emerytowany
ekonomista z Izraela. Z pochodzenia krakowianin, niemal całą rodzinę stracił
podczas wojny. Od dwóch lata - z ramienia Towarzystwa Przyjaźni Izrael-
Polska - odwiedza lokalne władze w Małopolsce. Upomina się, by dbały także o
miejsca żydowskiej kaźni.

- W Baczkowie na skraju Puszczy Niepołomickiej też stał zaniedbany pomnik
ofiar Holocaustu. Władze gminy Bochnia potrafiły uporządkować ten teren,
pomnikiem zaopiekowała się miejscowa szkoła - dodaje z żalem Aptowicz.

Wiceburmistrz Wieliczki Tadeusz Korczak ubolewa nad stanem żydowskiego
cmentarza. Nic jednak - jak twierdzi - nie może zrobić. Powód? Nieuregulowana
kwestia własności nekropolii. Bezczynność tak samo tłumaczy starosta wielicki
Adam Kociołek, w którego zarządzie znajduje się kirkut z pomnikiem.

Nieoczekiwanie w zeszłym tygodniu gmina i powiat wysłały jednak kilku
pracowników, aby wykosili chaszcze wokół pomnika. Skąd taka nagła zmiana?
Okazało się, że grupa oficerów izraelskich przyjedzie oddać hołd ofiarom
Holocaustu w Wieliczce. Ku zaskoczeniu gospodarzy 150 żołnierzy z łopatami,
grabiami i szczotkami wzięło się za sprzątanie. Na czele z gen. Avi Ashkenazi
czyścili i stawiali przewrócone macewy. Odjeżdżając, dowódca zapowiedział
kolejne grupy wojskowych z Izraela, które przyjadą porządkować cmentarz.
Prosił, by władze lokalne także dbały o żydowskie groby.

- Czułam wstyd, kiedy ci żołnierze sprzątali cmentarz - przyznaje Magdalena
Czuja z wielickiego starostwa. Od niedawna odpowiada za promocję i współpracę
międzynarodową powiatu ("zdewastowany cmentarz z pewnością nie przynosi
chluby mieszkańcom"). Chce nadrobić półwieczne zaniedbania, nie czekając na
uregulowanie własności. Dzień po żołnierskiej wizycie spotkała się z
Tadeuszem Jakubowiczem, przewodniczącym krakowskiej gminy żydowskiej, i
Adamem Aptowiczem. Wstępnie uzgodnili, że razem opracują plan renowacji
cmentarza.

- Nasza gmina liczy zaledwie 200 osób. Sami nie jesteśmy w stanie wszystkiego
zrobić - mówi Jakubowicz. Część jego rodziny także zginęła w Wieliczce. Po
odzyskaniu terenu chciałaby uporządkować kirkut, a z ocalałych macew stworzyć
lapidarium jak na innych odnowionych cmentarzach żydowskich w Małopolsce.

Na razie pierwsze pieniądze na renowację i oznakowanie dojścia znalazł na
własną rękę Aptowicz. Wpłaty - jak zapewnia - zadeklarowała kopalnia soli w
Wieliczce i krakowska fabryka kabli, w której stryj Aptowicza był jednym z
pierwszych pracowników. Starostwo chce wystąpić do Ministerstwa Spraw
Zagranicznych o środki ze specjalnego funduszu Unii Europejskiej na
upamiętnienie ofiar Holocaustu. Przygotowuje też projekt współpracy
młodzieżowej polsko-izraelsko-niemieckiej, której elementem byłaby wspólna
opieka nad miejscem żydowskiej kaźni. Co z tego wyjdzie, za wcześnie
przewidywać. - Jak własność zostanie uregulowana i powstanie plan
konserwatorski, to nasze miasto też się dołoży - deklaruje wiceburmistrz
Korczak. Na razie starosta zobowiązał się, że co miesiąc wyśle pracowników,
aby wykosili i posprzątali teren wokół pomnika.

- Trzeba tylko trochę dobrej woli. Skoro pod Bochnią potrafili odnowić
miejsce pamięci, to i w Wieliczce można to zrobić. Przecież nikt nikogo nie
ukarze za to, że dba o pamięć o pomordowanych mieszkańcach - zauważa Aptowicz.

(za Gazetą Wyborczą)
FŻP...
  Pijane Westerplatte nie przejdzie
podwieszoną na żerdziach odzież wojskową i wydostawały się na
zewnątrz przez otwory przelotowe, wykonane gęsto w dachu. Odzież
przywożono co kilka dni ciężarówką z okolic Czechowic. Szopa stała
się też miejscem codziennych odwiedzin biegających wokół domu
dzieci, gdyż sposób ustawienia i zabudowania poręczy oraz żerdzi
wewnątrz niej kusił i zachęcał do uprawiania po nich wspinaczki.
Przy wykonywaniu niektórych prac, my, dzieci, braliśmy również
udział, za co w nagrodę dostawaliśmy od ruskich po kawałku chleba.
Po tej samej drodze, biegnącej tuż koło naszego domu, w
kierunku na Landek, przejeżdżały często i inne samochody ciężarowe.
Były one zaplandekowane i konwojowane przez wojskowych - z przodu
zawsze jechał łazik, a z tyłu zamykali kolumnę żołnierze uzbrojeni w
pepeszki, jadący najczęściej motocyklem z przyczepą. Konwój ten
zatrzymywał się na drodze niedaleko naszego domu, w odległości nie
więcej niż 100-150 m w kierunku na Landek, gdzie w miejscu jego
postoju czekała już grupa uzbrojonych ruskich. Tyle, co mogliśmy
zobaczyć przez prześwitujące drzewa rosnące przy drodze i
zaciemniające widok. Zbliżanie się do tego miejsca było surowo
zakazane. Przychodzący stamtąd codziennie do nas ruscy nosili
założone na rękawie czerwone opaski z umieszczonym na nich napisem
koloru czarnego. Wzbudzali oni wśród "naszych" ruskich widoczny
niepokój. Starali się ich unikać. Nam też kazali to czynić. Prawie
codziennie, gdy krzątaliśmy się wraz z nimi przy szopie,
systematycznie z kierunku od tego miejsca dochodziły do nas odgłosy
pojedynczych strzałów, słyszane w odstępach czasowych od kilka do
kilkunastu minut. „Nasi” ruscy mówili nam, że przebywający tam
żołnierze ćwiczą się w strzelaniu. .
Głód i biegunki były naszym codziennym utrapieniem. Zjedliśmy
już prawie wszystko, nawet pozbierane z pobliskiego pola leżące
podgniłe i przemarznięte ziemniaki oraz brukiew- resztki
pozostawione tam po ubiegłorocznych wykopkach.

Głód z początku objawia się cierpieniem fizycznym. W tym stadium
odczuwany jest silny ból w całym brzuchu, tak jakby w nim wszystko
gorzało. Suszy pragnienie, ale popijanie wody sprawia również ból z
powodu wystąpienia obrzęku gardła, warg i zwężenia przełyku. Nie
przynosi ono ulgi, a pić trzeba, żeby nie odwodnić organizmu. Nie
można patrzeć, bo bolą oczy, a chodzenie jest utrudnione i odbywa
się ono na chwiejnych nogach. Kłucie w brzuchu jest tak silne, że
pozycja kuczna może tylko go złagodzić.

Wreszcie któregoś marcowego dnia-jak dobrze pamiętam, nie było
wtedy już na polach śniegu, ale dokuczał jeszcze mróz- ja i starszy
ode mnie o 3 lata brat, wybraliśmy się razem do przyfrontowej wsi
Iłownica, by znaleźć tam coś do jedzenia. Przed nami do przejścia
leżała wieś Landek i gdy ledwo do niej dotarliśmy od razu zatrzymali
nas kręcący się tutaj ruscy, potem jednak, po krótkim przesłuchaniu,
pozwolili nam iść dalej, więc szliśmy w pośpiechu... w kierunku do
linii frontu- tą samą trasą, ale tym razem w przeciwną stronę, gdy
nią jeszcze nie tak dawno temu uciekaliśmy uchodząc z życiem pod
gęstym ostrzałem kul i detonujących padającymi obok pocisków. Na
rozległy, niezabudowany teren, między krzyżówką dróg w Landeku a
Iłownicą, którym przyszło nam teraz iść, z rzadka padały wybuchające
z niszczycielską siłą pociski. Przejściu temu również towarzyszyły
nam docierające z oddali odgłosy pojedynczych strzałów, zagłuszanych
czasem terkotem karabinów maszynowych. Bez większych już przeszkód
dotarliśmy do centrum wsi. Zatrzymaliśmy się przy miejscowej szkole,
a potem wstąpiliśmy do stojącego w pobliżu domu naszej cioci, teraz
opustoszałego i ogołoconego, jak wszystkie pozostałe domy stojące
opodal. Nigdzie wokół nas żywej duszy nie było. Postanowiliśmy pójść
dalej, w kierunku zachodnim, do naszego domu "pod lasem", gdzie-
nim go opuściliśmy w nagłym pośpiechu, tuż przed samym nadejściem
frontu i pozostawieniu w nim wszystkiego, co do domu się
zgromadziło - powinny być worki ze zbożem złożone na strychu, a w
piwnicy warzywa. W pół przygięci do ziemi, posuwający się wolno pod
górę, dochodzimy tak aż do samego wierzchu niedużego wzgórza, rzadko
porośniętego młodymi i niewysokimi choinkami. Stąd do domu "pod
lasem" było może niecałe pól kilometra. Oczom naszym, wypatrującym
spod uchylonych gałązek choinki, ukazał się przerażający widok:
wokół wszystkie dawniej pobudowane i stojące domy oraz zabudowania
były teraz bądź wypalone lub spalone, bądź leżały w gruzach.
Murowany dom "pod lasem" jeszcze stał, ale świecił wynurzającymi się
z jego mocno nadwątlonych ścian i dachu czarnymi oczodołami - dużymi
wyrwami powstałymi po trafieniach go pociskami artyleryjskimi.
Dookoła okaleczonego domu, walały się zgliszcza- pozostałości po
spalonych drewnianych zabudowaniach, a w pobliżu nich sterczały
kikuty pogruchotanych drzew owocowych razem z wystającymi od ziemi
sztachetami powalonego częściowo drewnianego płotu, ogradzającego
niegdyś sad i dom. Niedaleko od miejsca naszej kryjówki, może
niecałe 100 m, wyłoniły się, jak na dłoni, na zoranym pociskami polu
biegnące zygzakiem ruskie okopy, a dalej pod lasem słabo już
widoczne także linie okopów niemieckich. Szybko stamtąd wycofaliśmy
się, gdy tylko wzgórze zaczęto ostrzeliwać z karabinu maszynowego.
Schodząc chyłkiem z niego i klucząc pośród drzewek, napatoczyliśmy
się nagle na wyłaniającego się zza choiny uzbrojonego Rosjanina,
podążającego prawdopodobnie do okopów, który na nasz widok stanął
jak wryty. W kufajce i papasze na głowie, z wybałuszonymi ze
zdziwienia oczami i rozdziawionymi ustami, wyłaniającymi się spod
jasnych wąsów, wyglądał może bardziej komicznie niż groźnie. Stał
tak jeszcze przez chwilę, a gdy już ochłonął nieco, zaczął
podchodzić ostrożnie do nas, trzymając w pogotowiu wycelowany w nas
karabin. Coś mówił- najpierw wydusił z siebie kilka
dosadnych "słów", a potem przechodząc cd
 



wzgórze Antałówka zdjęcia
Wzgórze Bernardowo
wzgórze Grzywacz
Wzgórze Świątynne
wzory pism zawiadomienia firmowe
wzór podziękowania dla dyrektora
Wzory pozwów do Sądu
Wyższe Szkoły taneczne
wzory tatuaż na biodrze
wzorki na tipsy org
wzory na drutach Poradnik
wzory pieczątek Szkół
wzory ogłoszeń o pracę
wyszukiwarka tras Google
wyzsz Szkoła Ochroną Pracy
  • bF3le stawF3w biodrowych i koB6ci udowych w nocy
  • ngc 1421
  • okna pcv w kolobrzegu
  • diyaudio;gdwk;8;11;120
  • mikado v stabi
  • lot nad kukulczym gniazdem one flew over the
  • program tlumaczacy polski na niemiecki
  • gmina klembow
  • cargo mistrzostwa w iB3awie w pB3ce noBFnej